Tak się jakoś złożyło, że dzisiaj (a w zasadzie już wczoraj) mija dokładnie 13. miesiąc małżeństwa z najcudowniejszym, najwspanialszym,
najmądrzejszym, najprzystojniejszym i w ogóle „naj” mężczyzną, więc z tej okazji uprzejmie
pomęczę Was tematem ślubnym, a co!
Anglicy ukochali sobie lewą stronę, nie tylko w
przemieszczaniu się na różne sposoby, ale również w życiu prywatnym. Początkowo
sądziłam, że otaczają mnie sami wdowcy (w sumie, średnia wieku pracowników
klienta mogłaby niektórych zaskoczyć, a mnie nie bez powodu naprowadzić na taki
tok rozumowania…), ale któregoś dnia kolega mi wyjaśnił, że na wyspie obrączki
nosi się właśnie na lewym palcu serdecznym.
Taki sam zwyczaj można spotkać w takich krajach jak: Francja, Irlandia, Wielka Brytania, Szwecja, Włochy, Słowenia, Brazylia, Egipt, Meksyk, USA i Kanada.
Dogrzebałam się do dwóch wersji wytłumaczenia, dlaczego akurat lewa dłoń:
b) wersja życiowa - większość ludzi jest praworęczna i noszenie obrączki na ręce lewej jest wygodniejsze.
A wiecie, dlaczego, między innymi w Polsce, nosi się obrączki na prawej dłoni? Ma to swoje źródło prawdopodobnie w kulturze starożytnego Rzymu i w symbolice zaczerpniętej z Biblii. Rzymianie swoim wybrankom wkładali na palec pierścionek już podczas zaręczyn, na prawą dłoń, jako wstęp do kontraktu małżeńskiego (do kontraktu, phi! Można rzec, że robili interes życia... ).
Kolejna zagadka stulecia rozwiązana :)
Teraz krótko o samym ślubie i uroczystości weselnej.
Szczęka mi opadła, kiedy przeczytałam, że podczas ceremonii zaślubin nie wolno robić zdjęć ani filmować, bo, uwaga, trzeba mieć na to... licencję, która kosztuje jakieś kosmiczne pieniądze (które i tak podobno są mniejsze niż sama msza). Zatem słit focie na fejsa dopiero po wyjściu z kościoła. W zasadzie, w Polsce też można czasem spotkać się z taką rewelacją. W maju uczestniczyliśmy w ceremonii Pierwszej Komunii chrześnicy męża i ksiądz miał wielkie obiekcje co do robienia zdjęć przez rodziców oraz zaproszonych gości, bo przecież jest Pan, Który Robi Zdjęcia, więc po co reszta się pcha?
Kolejna ciekawostka: na pewno słyszeliście kiedyś o przesądzie, że Panna Młoda powinna mieć na sobie w dniu ślubu coś starego, pożyczonego, nowego i niebieskiego. A czy wiedzieliście, że ów przesąd pochodzi właśnie z wysp? Jest nawet specjalny wierszyk:
something old, something new,
something borrowed, something blue
and a silver sixpence in your shoe.
something borrowed, something blue
and a silver sixpence in your shoe.
Typowo angielskim zwyczajem jest również posypywanie drogi do ołtarza płatkami róż, co ma zapewnić Młodej Parze lekkie i przyjemne życie, radosne i bez trosk.
Osoby przyzwyczajone do typowo polskiego weselicha, z ogromną ilością gości, jedzenia i alkoholu mogą poczuć lekki niedosyt na English Wedding. Widzieliście kiedyś "Cztery Wesela i Pogrzeb" albo inny film pochodzący z Anglii z weselem w tle? Ja kilka takich filmów widziałam i zauważyłam, że najczęściej na takiej imprezie rozstawione są okrągłe stoliki z winietkami i menu. Wesele jest w restauracji albo w domu z jakimś wypasionym ogrodem. Wygląda to bardziej jak uroczysta kolacja, "posiadówa" przy stole niż impreza,
Jest obiadek, deser, kilka lampek szampana lub wina i w zasadzie można już zmykać do domu, bo i tak angielskie wesela kończą się około północy. Jeśli jednak Wasza polska natura zacznie się przebijać na powierzchnię i będziecie chcieli godnie uczcić ten wyjątkowy dzień dla Młodej Pary (czyt. schlać się porządnie), zabierzcie ze sobą trochę funciaków, ponieważ poza symbolicznymi lampkami wina, Para Młoda "nie stawia" alkoholu, więc zostaje zaopatrzenie się w barze albo "Studniówka mode", czyli dyskretnie przemycona butelka czegoś mocniejszego ;-)
Nie przepadam za weselami, bo:
a) nie lubię picia na umór i pijanych ludzi
b) nie radzę sobie za bardzo na parkiecie, bo zawsze próbuję prowadzić :)
ale stwierdzam, że nasza "wersja" tej imprezy ma o wiele więcej "życia" w sobie. Od wersji angielskiej zdaje się wiać lekkim sztywniactwem, ale to może tylko złudzenie ;-)
P.S. A propos wesela i parkietu... Dzisiaj (a w zasadzie wczoraj) byłam na mojej pierwszej lekcji salsy! Zebraliśmy się w szóstkę i ruszyliśmy na podbój parkietu w Bar-Room-Bar, gdzie co środę są prowadzone zajęcia dla beginerów i intermidjetów. Było śmiesznie, bo praktycznie co chwilę była zmiana partnerów, więc zatańczyłam z każdym panem na sali (a, o dziwo, trochę ich było!). Trochę się obawiałam tego wyjścia, ale prowadzący był naprawdę świetny, w mig łapaliśmy figury i ćwiczyliśmy całe układy. Było super! Chyba będziemy tam zaglądać co tydzień ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz