Pamiętacie, jak wczoraj wspomniałam, że przecieka mi sufit?
Wtedy wyglądał tak:
Od czasu do czasu coś sobie kapnęło, ale bez szału, czasem nawet zapominałam, że mam nieszczelny sufit.
A dosłownie przed chwilą zrobiło się, o, takie "cuś":
Zgarnęłam jeden wazon z salonu, drugi przytuliłam od sąsiadów i mam teraz koncert na dziurę i pęknięcie w suficie... Teraz na pewno nie zapomnę, że mi kapie nie tylko za oknem... I w dodatku wazony dosyć szybko napełniają się deszczówką...
Napisałam do administratorki budynku, czy istnieje szansa naprawienia tego na dniach albo wypożyczenia łódki i wiosła. Od razu dostałam odpowiedź, że już jutro ktoś tu zajrzy i postara się uporać z problemem, a na razie niech sobie Iza podłoży ręcznik pod dziurę. Uświadomiłam panią, że ręcznik nie podołałby wyzwaniu, ale jednocześnie uspokoiłam ją, że mam wysokie łóżko i że powinnam do rana przetrwać.
Powinnam.
Pogoda daje się we znaki, nie ukrywam. Codziennie, w drodze do i z pracy, przechodzę przez mostek nad rzeką Aire i dzisiaj, zerkając na jej poziom, poczułam lekki niepokój... Muszę przyznać, że dopiero teraz mam okazję przekonać się, jak to jest z tą typową angielską pogodą. Od niedzieli cały czas leje. CAŁY.CZAS.
Od razu skojarzyło mi się to z pocztówką, którą zauważyłam podczas jednego z wypadów do sklepu:
True, true...
Nic to! Parasol jest, kozaczki są, płaszcz z kapturem obecny, zatem sezon jesienny na WYSPIE uważam za rozpoczęty!
MOKRANOC
wtorek, 25 września 2012
poniedziałek, 24 września 2012
Jesień...
Po prawie sześciu tygodniach na wyspie, udało mi się w końcu spędzić weekend w Polsce. Przez cały ten czas była cudowna pogoda, że aż żal było lecieć...
Wszystko jednak co dobre... i tak dalej.
Na pożegnanie machały do mnie same Tatry...
Potem było niebiesko, niebiesko, biało, biało, biało, szaro, szaro szaro, buro... i na lotnisku Leeds Bradford przywitała mnie późna jesień (prawie zima), mimo, że lot trwał tylko 2 godziny z hakiem...
Przez chwilę Polska wydała mi się magicznym, gorącym, egzotycznym krajem.
A potem człapu człapu, chlapu chlapu w deszczu na przystanek autobusowy. To był mój pierwszy przejazd autobusem w Anglii (niestety, nie był piętrowy :( ). Przyzwyczajona do punktualnych odjazdów pociągu, ucieszyłam się, że według rozkładu jazdy już za chwilę wsiądę do ciepłego pojazdu. A tu figa z makiem - im bardziej wyglądałam na autobus, tym bardziej go nie było. Przyjechał dopiero po prawie godzinie...
A dzisiaj dla odmiany zaskoczyła mnie kolej. Po pracy zrobiłam szybkie zakupy i z wywieszonym jęzorem, kupą reklamówek w jednej i parasolką w drugiej ręce (dalej pada, a jak! Jak jesień, to pełną kałużą!), pognałam na dworzec, żeby złapać pociąg, który według rozkładu powinien być za jakieś 6 minut. Udało się! Wbiegłam na peron, spojrzałam na tablicę, a tam informacja, że pociąg dobrze wie, że Soukauski jest na zakupach, że strasznie pada, a po co to biegać na deszczu jak można postać i że w związku z tym przyjedzie 20 minut później.
Obserwując machinę kolejową na wyspie stwierdzam, że chyba tylko deszcz jest w stanie skutecznie rozregulować jej trybiki. Kiedy jest pochmurno, ale bez kropel, wszystkie pociągi mieszczą się w granicach 3 minut opóźnienia. Wystarczy jednak trochę wody z nieba i od razu z głośników co chwilę słychać:"We are sorry to announce that taki a taki train is delayed albo cancelled". Nie dziwię się... Czasami potrafi tak przylać, że w niektórych miejscach ziemia osuwa się niespodziewanie i zostawia wiszące smutno w powietrzu fragmenty torowisk.
Dobrze, że do pracy mam "tylko" 4 godziny piechotą... :)
(zgaduj zgadula, gdzie stoi Więckula :) )
P.S. A propos deszczu - właśnie odkryłam, że sufit w sypialni przecieka...
Jesień, kurku...mać.
Wszystko jednak co dobre... i tak dalej.
Na pożegnanie machały do mnie same Tatry...
Potem było niebiesko, niebiesko, biało, biało, biało, szaro, szaro szaro, buro... i na lotnisku Leeds Bradford przywitała mnie późna jesień (prawie zima), mimo, że lot trwał tylko 2 godziny z hakiem...
Przez chwilę Polska wydała mi się magicznym, gorącym, egzotycznym krajem.
A potem człapu człapu, chlapu chlapu w deszczu na przystanek autobusowy. To był mój pierwszy przejazd autobusem w Anglii (niestety, nie był piętrowy :( ). Przyzwyczajona do punktualnych odjazdów pociągu, ucieszyłam się, że według rozkładu jazdy już za chwilę wsiądę do ciepłego pojazdu. A tu figa z makiem - im bardziej wyglądałam na autobus, tym bardziej go nie było. Przyjechał dopiero po prawie godzinie...
A dzisiaj dla odmiany zaskoczyła mnie kolej. Po pracy zrobiłam szybkie zakupy i z wywieszonym jęzorem, kupą reklamówek w jednej i parasolką w drugiej ręce (dalej pada, a jak! Jak jesień, to pełną kałużą!), pognałam na dworzec, żeby złapać pociąg, który według rozkładu powinien być za jakieś 6 minut. Udało się! Wbiegłam na peron, spojrzałam na tablicę, a tam informacja, że pociąg dobrze wie, że Soukauski jest na zakupach, że strasznie pada, a po co to biegać na deszczu jak można postać i że w związku z tym przyjedzie 20 minut później.
Obserwując machinę kolejową na wyspie stwierdzam, że chyba tylko deszcz jest w stanie skutecznie rozregulować jej trybiki. Kiedy jest pochmurno, ale bez kropel, wszystkie pociągi mieszczą się w granicach 3 minut opóźnienia. Wystarczy jednak trochę wody z nieba i od razu z głośników co chwilę słychać:"We are sorry to announce that taki a taki train is delayed albo cancelled". Nie dziwię się... Czasami potrafi tak przylać, że w niektórych miejscach ziemia osuwa się niespodziewanie i zostawia wiszące smutno w powietrzu fragmenty torowisk.
Dobrze, że do pracy mam "tylko" 4 godziny piechotą... :)
(zgaduj zgadula, gdzie stoi Więckula :) )
P.S. A propos deszczu - właśnie odkryłam, że sufit w sypialni przecieka...
Jesień, kurku...mać.
wtorek, 18 września 2012
Fairy Tale...
Ci, którzy znają mnie choć trochę, wiedzą, że jestem nieco
postrzelona.
Mało jednak kto wie, że bliski memu sercu jest magiczny świat natury,
wróżek i elfów…
Wierzę też, że nic się nie dzieje bez powodu.
Kilka lat temu w
telewizji można było obejrzeć film „Fairy tale: A true story”. Fabuła prosta i przyjemna, generalnie skupiająca się na tym, jak dwóm dziewczynkom udało się zrobić
zdjęcie wróżkom mieszkającym w pobliskim lesie i co z tego wyniknęło. Nie udało
mi się go wtedy obejrzeć i strasznie żałowałam, bo lubię takie historie.
Aż tu w sobotni poranek, w ramach leniuchowania,
postanowiłam włączyć sobie jakiś przyjemny film na „dzień dobry”. Odpaliłam
YouTube i … jedną z pierwszych propozycji okazał się być właśnie ten film!
Szczęśliwa, usiadłam wygodniej, włączyłam „Play” i … moją
uwagę przykuł opis umieszczony pod filmem. Otóż okazało się, że to, co
początkowo brałam za czystą filmową fikcję, opiera się na prawdziwej historii z
1917 roku, kiedy to dwie kuzynki, Elsie Wright i Frances Griffiths upierały
się, że udało im się uwiecznić na zdjęciach prawdziwe wróżki. Sam sir Arthur
Conan Doyle, ojciec i matka słynnego Sherlocka Holmes`a, zainspirowany tymi
zdjęciami, napisał w 1921 roku „The coming of Fairies”.
A oto te słynne fotografie, które wywołały naprawdę spore
zamieszanie na początku XX wieku:
Zdjęcia znalezione na Wikipedii
(Pierwsze cztery wywołały na mojej buzi uśmiech, bo przecież na pierwszy rzut oka owe "wróżki" wyglądają jak namalowane, ale piąte zdjęcie... ? Jak myślicie? :))
Czytam dalej, a tam jest napisane, że zdjęcia zostały
zrobione w Cottingley, w Anglii. Z ciekawości sprawdziłam, gdzie znajduje się
to miasteczko i… szczęka mi opadła. Cottingley, proszę Państa, leży 20 minut
spacerem od miejsca mojej pracy…
Oczywiście, następnego dnia spakowałam się, na dworcu w sklepie zaliczyłam swoją pierwszą pogawędkę o pogodzie, dojechałam
pociągiem do Saltaire i ruszyłam na spotkanie z magicznym Cottingley.
Znacie
powiedzenie, że nie liczy się cel podróży, lecz sama podróż?
To ja muszę stwierdzić, że moja podróż była naprawdę…
magiczna.
Zdążyłam wysiąść z pociągu i od razu natrafiłam na czary:
Załapałam się na ostatni dzień festiwalu w Saltaire (takie „Dni
Tomaszowa” w bardzo poszerzonej wersji :) ).
A tak wyglądała moja podróż do Cottingley i sam pobyt w miasteczku:
Po kilku nieudanych próbach zmieszczenia na jednej fotografii mojej głowy i nazwy miasteczka, postanowiłam uwiecznić swoją skromną osobę w inny sposób :)
Znalazłam wróżki!
Miejsce okazało się zaiste magiczne. Nawet dobrze znany mi język polski okazał się być dla mnie niezrozumiały...
Wydawało mi się, że ze względu na tę historię, miasteczko będzie bardziej... "wróżkowe", że na każdym kroku spotkam jakieś nawiązania do słynnej historii, ale jedynym nawiązaniem okazała się być konstrukcja, którą mogliście zobaczyć na zdjęciu z podpisem "znalazłam wróżki!". Próbowałam dotrzeć do wodospadu, przy który dziewczynki spędzały najwięcej czasu, ale w sieci nie znalazłam szczegółów, gdzie go szukać, więc zdałam się na znajomość topografii "tubylców". Niestety, napotkany mieszkaniec, miły pan po trzydziestce, z córeczką w wózku, przyznał się z rumieńcem na twarzy, że nie ma pojęcia, gdzie jest wodospad, choć mieszka tu od urodzenia. O wróżkach słyszał, ale nawet nie widział filmu i choćby chciał, nie jest w stanie mi pomóc.
Idąc tak sobie wzdłuż drogi, napawałam się urokiem miejsca i myślałam o Elsie i Frances, które na pewien czas wywróciły ludzkie światopoglądy do góry nogami, dały nadzieję tym, którzy - jak one - wierzyli w magię, w baśniowe istoty i pragnęli poczuć namiastkę tego świata...
Zastanawiam się, czy te zdjęcia miały jakiś związek z "Piotrusiem
Panem", który przecież za sprawą J.M.Barrie`go pojawił się na deskach
teatru już w 1904 roku, a jako wydanie w 1911 roku? W tym czasie Elsie
miała 10 lat, a Frances dopiero 4... Czy historia o chłopcu i jego
wróżce Dzwoneczku miała jakiś wpływ na kuzynki?
Po latach dziewczyny przyznały, że te zdjęcia to mistyfikacja, ale wydaje mi się, że kryje się za tym tajemnica, szczególnie przez to ostatnie zdjęcie, które wydaje się być wyjątkowe i różniące się od pozostałych czterech.
A może... naprawdę spotkały wróżki, elfy, gnomy?
A Wy? Wierzycie w czary?
sobota, 15 września 2012
Jedzenie
No dobrze. Siedzę tu już ponad miesiąc, więc wypadałoby coś
powiedzieć o angielskim jedzeniu.
Okazuje się jednak, że wcale nie tak łatwo jest się załapać
na „tradycyjny” brytyjski posiłek.
W sumie to nawet się nie dziwię, że na stołówce w pracy
króluje kuchnia indyjska czy włoska… To, co proponuje kuchnia brytyjska jest często…
bez smaku. Naprawdę. Któregoś dnia, gdy walczyłam na talerzu z czym podobnym
zupełnie do niczego, aż z rozrzewnieniem przypomniałam sobie sławetnego omleta
w wykonaniu mojego męża, z wyrazistym posmakiem soli :) Na szczęście, są też
perełki smakowe, które podbiły moje podniebienie, w tym brytyjskie desery i
słodkości, więc w ogólnym rozrachunku nie wygląda to tak źle.
Po kolei jednak.
Full English
Breakfast
Zrobiłam w biurze klienta sondę na temat najważniejszego
posiłku dnia. Większość tylko się uśmiechała i kręciła głową, że takie
śniadanie jest dla nich „too fatty” i że mało kto zjada jego pełną wersję,
również ze względu na brak czasu. A kto jeszcze nie wie, co sobie Anglicy serwują
na śniadanie, tych oświecam:
kiełbasa,
fasola,
bekon,
jajka,
chleb tostowy (często smażony dodatkowo w tłuszczu po
bekonie…)
pomidor
pieczarki
from : http://italychronicles.com
Pyszności, nie ma co…
Śmiać mi się chciało,
bo słuchając przed wyjściem do pracy stacji BBC1, trafiłam na program, w którym
bawiono się w zabawę typu „prawda czy wyzwanie” i okazało się, że jednym z
wyzwań jest… zjedzenie typowego angielskiego śniadania (było to podobno „najstraszniejsze
wyzwanie” w zestawie).
Dopiero podczas wycieczki na wschodnie wybrzeże miałam po
raz pierwszy okazję ujrzeć typowe angielskie śniadanie na talerzu u pana
siedzącego obok mnie w restauracji.
Nie jadłam jeszcze takiego śniadania, ale nie ukrywam, że z
czystej ciekawości kiedyś się na nie skuszę. Na razie ograniczam się do
eksperymentów z chlebem tostowym (niestety, „normalnego” chleba tutaj nie ma…).
Elevenses
Można powiedzieć, że to takie nasze „drugie śniadanie” w okolicach godziny 11:00. W biurze wygląda to tak, że pani ze stołówki wjeżdża z ogromnym wózkiem wypchanym różnościami i krzyczy „Trolley!”. To znak, że czas coś przekąsić. Najczęściej o tej porze idą w ruch kanapeczki i… chipsy.Lunch
Anglicy ruszają na lunch najczęściej około 13:00, my jednak upodobaliśmy sobie samo południe, kiedy nie ma jeszcze zbyt dużego ruchu na stołówce. Tu właśnie poznaję tajniki kuchni brytyjskiej i czasami wydaje mi się, że Anglicy jedzą za karę…
Przeczytałam, że taki, a nie inny poziom jedzenia w Anglii to efekt obu wojen światowych, gdy były problemy z racjami żywnościowymi i jakoś tak zostało… Hm, ciekawa teoria... Ja wychodzę z założenia, że Brytyjczycy są po prostu TAK uprzejmi, że nie chcą narzucać konsumentowi smaku i dają mu wolną rękę do przyprawienia potrawy według własnego pomysłu ;)
Gdzie to ja… A, tak. Lunch.
Najpopularniejsze
danie to oczywiście Fish&Chips, które podawane jest na stołówce tylko w
piątki. Ryby, jakie wykorzystuje się tutaj
do tego dania to haddock –łupacz i cod, czyli dorsz. Smażone są w głębokim oleju,
przez co panierka przypomina twardy pancerz (czasem ciężki do pokonania przeze
mnie). Ryba jest naprawdę smaczna, choć czasem panierka jest dla mnie za
tłusta.
Ponadto, najpopularniejszym mięsem wykorzystywanym do dań
jest wołowina i jagnięcina. Ostatnio jadłam przepyszne danie – placek nadziewany
wołowiną i pieczarkami w gęstym, bardzo smacznym sosie.
A tak wyglądało danie, o którym ostatnio wspomniałam:
Roast Pork and Yorkshire Pudding
( pudding to to, co przypomina
zapieczonego w cieście kalafiora. To takie ciasto, które w smaku przypomina
nasze obwarzanki.)
A tak to na co dzień serwowany jest kurczak na różne
sposoby, czasem pizza, zapiekanki makaronowe lub makaron w jako dodatek do
mięsa oraz ryż – niestety, głównie na jeden sposób. Curry. Mnóstwo curry…
Pewnego dnia, kompletnie zawiedziona, że się nie najadłam,
postanowiłam się dopchać deserem. Dostałam kawałek ciasta drożdżowego zalanego
ogromną chochlą czegoś, co przypominało bardzo, bardzo rzadki budyń i… od
tamtej pory stałam się wierną fanką deserów na naszej stołówce! Trochę mnie to
martwi, bo zanim odkryłam ten zakątek rozkoszy, miałam wrażenie, że chyba
schudłam na wyjeździe, ale teraz nie mam już złudzeń. Co jak co, ale moim
zdaniem wyspiarze mają przepyszne słodkości! Nawet teraz, kiedy piszę te słowa,
wcinam ciastko z supermarketu i się rozpływam…
5 o`clock Tea
To chyba najbardziej znany zwyczaj, który kojarzy się z Wielką Brytanią, choć chyba nie aż tak kultywowany tutaj, jak mogłoby się wydawać. Wiem, że na pewno o 17:00 nasze biuro pustoszeje, ale czy Anglicy biegną na cup of tea, to już nie jestem taka pewna. W zasadzie, herbatę piją przez cały dzień, o każdej porze, obowiązkowo z mlekiem.
I pomyśleć, że Anglicy odkryli smak herbaty dopiero w połowie siedemnastego wieku, kiedy w tym samym czasie napój ten był już bardzo popularny w Holandii…
Miłość narodu do herbaty rozpoczęła się dopiero po ślubie króla Karola II z Katarzyną z Braganzy w 1662r. To właśnie portugalska księżniczka wprowadziła ją na dwór angielski i do domów klas wyższych. Objęta wysokim podatkiem herbata długo była zbyt droga, aby mogła sobie na nią pozwolić klasa pracująca.To właśnie wysoka cena herbaty sprawiła, że zaczęto ją przemycać, a nawet podrabiać. Dodawano liście innych roślin, a co bardziej przedsiębiorczy puszczali ponownie w obieg wysuszone fusy. I tu ciekawostka… Czasem, gdy kolor takiej "herbaty" nie za bardzo przekonywał, dla podrasowania dodawano… owczą kupę. A mówią, że to "Polak potrafi...".
Dobrze, że w pewnym momencie zorientowano się, że herbata jest zdrowsza od alkoholu i zniesiono wysokie podatki na ten trunek ;)
Skąd w ogóle zwyczaj picia herbaty o siedemnastej? Ma to związek z okresem, kiedy herbatę podawano jeszcze tylko na eleganckich salonach. Serwowano ją wtedy gościom na podwieczorek, o piątej po południu – stąd nazwa "Five o’clock tea".
Nie dawało mi spokoju pytanie, dlaczego w Anglii herbatę pije się z mlekiem?
Poszukałam, pogrzebałam i dowiedziałam się, że zwyczaj ten sięga XVIII w., kiedy to picie herbaty było przywilejem arystokratów i serwowano ją w filiżankach z porcelany tak kruchej, że aż pękały od wrzątku. Do filiżanek lano więc najpierw mleko, a dopiero potem herbatę. I zagadka rozwiązana.
Co ciekawsze, dowiedziałam się, że najlepszą przekąską do słynnej,
„fajfoklokowej” herbaty jest kanapka ze
świeżym ogórkiem. Herbata z mlekiem i kanapka z ogórkiem - cóż za wspaniała kompozycja dla żołądka!
Supper i dinner
W brytyjskim rozkładzie dnia jest jeszcze supper, czyli podwieczorek i dinner, czyli kolacja, ale jako, że nie
miałam jeszcze okazji uczestniczyć w tych posiłkach w wydaniu angielskim, nie
będę się rozpisywała na ich temat. Wiem tylko, że kolacja to taki nasz obiad,
najbardziej rozbudowany posiłek dnia i że często nazwy „supper” i „dinner” używane są wymiennie, w
zależności od okoliczności.
I jeszcze kilka spostrzeżeń na koniec:
„to go”
– chyba wszystko już zostało przez Anglików przygotowane „to
go”. Wejść, kupić, wrzucić do mikrofali lub piekarnika i zjeść. Anglicy
uwielbiają mrożonki. W Kendal trafiliśmy nawet do Iceland, sklepu wypełnionego
lodówkami i zamrażarkami z dziwnymi produktami.
Można kupić już gotowe kulki mięsa mielonego na kotlety
mielone albo pulpeciki. Jest nawet pokrojona na kawałki pierś kurczaka, żeby
tylko wrzucić na patelnię i podsmażyć.
W biurowej kuchni nie ma nawet talerzy… Stoi tylko mikrofala
i, o dziwo, chodzi na okrągło.
Albo są tacy leniwi, albo tak strasznie zapracowani…
Woda
– to chyba przez nią miałam problemy z żołądkiem przez
pierwszy tydzień pobytu w Anglii. Jak widać, klątwa faraona działa nie tylko w
kraju, gdzie zawsze świeci słońce. Teraz jest już wszystko w porządku, ale
zauważyłam, że nawet tutaj, w wielkim mieście, woda w kranie śmierdzi… i to specyficznie.
Nie będę opisywać zapachu, żeby nikogo nie zniesmaczyć, ale wierzcie mi –
cuchnie okropnie.
Słodkie napoje
Cola i inne napoje gazowane są dużo słodsze niż u nas. Dużo
dużej...
Tęsknię za schabowym...
czwartek, 13 września 2012
Pierwszy miesiąc!
Tak, tak, mili Państwo! Dzisiaj mija równo miesiąc, jak jestem na obczyźnie.
Z tej okazji zjadłam po raz pierwszy typowo lokalny obiadek (jak się okazuje, nie jest tak łatwo zjeść typowo angielski posiłek, ale o jedzeniu wkrótce!) i poszłam na piwko pożegnalne (kilku naszych kolegów już jutro wraca na dobre do Polski).
Patrząc z perspektywy czasu, ciężko mi uwierzyć, jak szybko ten czas leci. Za tydzień wpadam na weekend do Polski, a potem - byle do listopada!
Wpis dziś krótki, więc dorzucam poniżej zdjęcie wschodu słońca - takie widoki z okna mam już od ponad dwóch tygodni (jak nie zaśpię i jak nie pada, czyli nie za często :) )
Z tej okazji zjadłam po raz pierwszy typowo lokalny obiadek (jak się okazuje, nie jest tak łatwo zjeść typowo angielski posiłek, ale o jedzeniu wkrótce!) i poszłam na piwko pożegnalne (kilku naszych kolegów już jutro wraca na dobre do Polski).
Patrząc z perspektywy czasu, ciężko mi uwierzyć, jak szybko ten czas leci. Za tydzień wpadam na weekend do Polski, a potem - byle do listopada!
Wpis dziś krótki, więc dorzucam poniżej zdjęcie wschodu słońca - takie widoki z okna mam już od ponad dwóch tygodni (jak nie zaśpię i jak nie pada, czyli nie za często :) )
Big City Life @Night
Dzisiaj (a w zasadzie już wczoraj :) ) spełniło się jedno z moich marzeń...
A wszystko dzięki koledze, który po wysłuchaniu mojego coveru "Nantes" na YouTube wspomniał, że we wrześniu w Leeds zagra właśnie Beirut. Do tej pory nie mogę uwierzyć w swoje szczęście!
Już przed 19:00 ustawiliśmy się w kolejce pod O2Academy i dosyć szybko znaleźliśmy się wewnątrz klubu. Zamówiliśmy po piwku i zaczęliśmy odliczanie do godziny "B" :)
Na przystawkę podano DAUGHTER, dziewczynę z niezwykle pięknym głosem w, czasem nostalgicznych, czasem folkowych, kawałkach.
Próbka poniżej:
Daughter - Landfill
Daughter - Candles
W międzyczasie dołączył do nas jeszcze jeden kolega i w trójkę wcisnęliśmy się na sam środek sali, zdobywając jednocześnie najlepsze "miejscówki", bo prawie pod sceną.
I w końcu, o 21:20 na scenę wkroczyli ONI:
Usłyszeć utwory Beirut na żywo - bezcenne!
Sekcja dęta, ukulele, klawisze, gitary, bałkańskie klimaty, perkusista z niepowtarzalną mimiką - to wszystko stworzyło jedyną w swoim rodzaju atmosferę. Nogi same rwały się do niekontrolowanych ruchów, a ręce unosiły się w górę do zabawy z rytmem.Ciało chciało być ciągle w ruchu (co można zauważyć po ostrości niektórych zdjęć ;) ).
Stwierdzam jednak, że co jak co, ale najlepsza jest polska publiczność :) Tutaj ekipa rozkręcała się dosyć długo... A kiedy w końcu im się udało poczuć odpowiedni klimat, koncert się skończył :)
Ta...Ja tu piszu piszu, a zaraz trzeba wstawać do pracy :D
Życzę Wam dobrej nocy, miłego dnia i spełniania marzeń!
A na dobrą noc i jeszcze lepszy poranek: Beirut - Nantes
Byłam na koncercie BEIRUT!
Już przed 19:00 ustawiliśmy się w kolejce pod O2Academy i dosyć szybko znaleźliśmy się wewnątrz klubu. Zamówiliśmy po piwku i zaczęliśmy odliczanie do godziny "B" :)
Na przystawkę podano DAUGHTER, dziewczynę z niezwykle pięknym głosem w, czasem nostalgicznych, czasem folkowych, kawałkach.
Próbka poniżej:
Daughter - Landfill
Daughter - Candles
W międzyczasie dołączył do nas jeszcze jeden kolega i w trójkę wcisnęliśmy się na sam środek sali, zdobywając jednocześnie najlepsze "miejscówki", bo prawie pod sceną.
I w końcu, o 21:20 na scenę wkroczyli ONI:
Usłyszeć utwory Beirut na żywo - bezcenne!
Sekcja dęta, ukulele, klawisze, gitary, bałkańskie klimaty, perkusista z niepowtarzalną mimiką - to wszystko stworzyło jedyną w swoim rodzaju atmosferę. Nogi same rwały się do niekontrolowanych ruchów, a ręce unosiły się w górę do zabawy z rytmem.Ciało chciało być ciągle w ruchu (co można zauważyć po ostrości niektórych zdjęć ;) ).
Stwierdzam jednak, że co jak co, ale najlepsza jest polska publiczność :) Tutaj ekipa rozkręcała się dosyć długo... A kiedy w końcu im się udało poczuć odpowiedni klimat, koncert się skończył :)
Ta...Ja tu piszu piszu, a zaraz trzeba wstawać do pracy :D
Życzę Wam dobrej nocy, miłego dnia i spełniania marzeń!
A na dobrą noc i jeszcze lepszy poranek: Beirut - Nantes
niedziela, 9 września 2012
LEEDS
Wiem, wiem, to zabrzmi głupio, ale pomimo tego, że mieszkam
w Leeds od dwóch tygodni, nie miałam jeszcze czasu na wyjście z domu i zwykłe przespacerowanie
się po mieście.. Moje wędrówki ograniczały się do
tej pory do wizyt w Tesco i dotarcia na stację.
W ten weekend miałam dużo czasu na nadrobienie zaległości.
Pierwsze wrażenie, jakie odniosłam, przemykając po ulicach Leeds, było:
"Jej, ale to miasto jest... ściśnięte". Nowoczesne budynki przytulają
się do pozostałościach z poprzednich wieków, do tego jeszcze budowane są
centra handlowe, które są wręcz wciskane w każdą wolną przestrzeń. Jest
CIASNO. I jednocześnie bardzo ładnie.
Zresztą, sami zobaczcie:
Widok na Leeds od południowej strony (mój apartament mieści się niedaleko tego wysokiego budynku
z lewej)
Briggate - coś a`la łódzka Pietryna, królestwo "szopoholików"
A na Briggate są Leeds Arcades - piękne arkady, które nie pozwalają człowiekowi przejść obojętnie.
Coś pięknego.
Świątynia dla każdego. Nieważne, jakiego jesteś wyznania - tutaj wszyscy bogowie mieszkają
pod jednym dachem.
Leeds Town Hall, czyli ratusz
A to już prawie pod apartamentem.Wspominałam już, że moja okolica jest bardzo... tęczowa? :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)









































