I muszę się z Wami podzielić moimi przemyśleniami!
Po kolei jednak.
Krótka historia o
tym, jak Iza wracała do kraju.
Było ciężko, gdyż iż ponieważ:
a 1. W piątek wieczorem bawiliśmy się u Kiran w
Shipley, a do Leeds trzeba było wrócić pociągiem. Załapaliśmy się na ostatni,
spóźniony zresztą i pod drzwiami apartamentu byłam po 23:00 (a o 4:30 pobudka…)
b 2. Długo nie mogłam spać, nie wiem, czy z emocji po
ostatnim wieczorze w Anglii czy z emocji przed podróżą, niemniej jednak zamiast
spać, pozmywałam naczynia, posprzątałam, obejrzałam coś w telewizji i po 1:00
siłą zaciągnęłam siebie do sypialni, przykryłam kołdrą i nakazałam przynajmniej
udawać, że chce mi się spać (bo przecież o 4:30 pobudka!).
c 3. Powrót na pokład Łodzi w listopadzie to swoisty
strzał w kolano dla psychiki, zwłaszcza gdy zamiast słońca, witają Cię szare,
ciężkie chmury oraz jakże zachęcająca do wyjścia z samolotu temperatura 8 stopni (odczuwalna minus hohoho albo i
więcej!). Do tego jeszcze chyba po raz pierwszy w życiu miałam okazję przekonać
się, dlaczego w opinii większości turystów/przyjezdnych z innych miast Łódź
jawi się jako szare, smutne miasto (na szczęście im dłużej tu siedzę, tym
więcej kolorów znów zauważam).
Pobudka odbyła się bez żadnych zakłóceń i czułam się naprawdę rześko zaraz
po przebudzeniu. W samolocie musiałam jednak zaaplikować sobie drzemkę, bo
organizm z opóźnieniem przypomniał sobie, że zna się na zegarku i coś mu się
nie zgadza w ilości przysługujących mu do tej pory godzin snu.
Pamiętacie, jak wyglądała moja przeprawa, gdy w sierpniu
leciałam na wyspę?
Auto na dworzec Łódź Kaliska, pociąg do Warszawy, taksówka
na lotnisko, samolot do Doncaster, taksówka do Shipley. Oh yeah!
Tym razem skończyło się na dwóch pociągach i samolocie
prosto na pokład.
Chciałabym móc napisać, że był również samochód prosto pod
dom, ale minęłabym się w tym momencie lekko z prawdą ;-) Napiszę tylko, że
dzięki rozbrykanej czapce mojego Męża (tak, tak, teraz niechaj Wasze głowy
wzniosą się na wyżyny kreatywności :D ) miałam bardzo intensywne popołudnie,
które zamieniło się w świetny wieczór i ostatecznie w łożu własnym znalazłam
się grubo po północy.
Niedziela również była wypełniona różnymi przedsięwzięciami
na mieście, więc tak naprawdę dopiero w niedzielny wieczór mogłam na spokojnie
przywitać się z domem i odkryć w nim na nowo siebie.
Krótka historia o
tym, co Iza odkryła.
a 1. Kiedy człowiek ma do dyspozycji 32 kg w jedną
stronę a 20 kg w drugą, musi się ograniczyć do niezbędnych niezbędności. Na
wyjeździe posiadałam trzy pary spodni, dwa swetry, jedną koszulę, golf , polar
i kilku koszulek. Kiedy więc wróciłam do domu i w niedzielny wieczór otworzyłam
szafkę, żeby przygotować ciuchy do pracy, usłyszałam dawno zapomniany głosik
„Matkobosko, nie ma co na siebie włożyć!”.
Reakcja była błyskawiczna. Zrobiłam szybką selekcję, spakowałam do torby
to, co zakładam nie więcej niż dwa razy do roku, do magicznej torby, z której
odsysa się powietrze schowałam letnie ubrania i od razu poczułam się lepiej J
Im mniej ciuchów, tym wyobraźnia ma większe
pole do popisu, a mózg czuje się mniej zagrożony natłokiem możliwości.
b 2. Wyprawa za gramanicę nauczyła mnie minimalizmu,
to na pewno. Poza tym miałam okazję nabrać dystansu do bardzo wielu spraw,
pogadać sama ze sobą i wsłuchać się w rytm własnego organizmu. Wierzcie mi lub
nie, ale wystarczy tydzień regularnego trybu życia (pobudka o 6:30, śniadanie o
7:00, drugie o 9:30, lunch o 12:00, przegrycha o 15:00, obiadokolacja o 18:00,
lądowanie w łóżku w okolicach 23:00) i organizm zaczyna działać jak precyzyjna
maszynka. Już nie potrzebowałam budzika, żeby o 6:29 leżeć z otwartymi oczami
na łóżku. Do tego jeszcze regularne jedzenie oraz wycieczki weekendowe
sprawiły, że wróciłam trochę chudsza (moja pupa się cieszy, twarz i miejsce,
gdzie kiedyś były piersi – już mniej).
c 3. Zauważyłam, że z tęsknotą wypatruję na
sklepowych półkach pleśniowego sera, jogurtów i soków owocowych, które naprawdę
przypadły mi do gustu na wyspie. I słodyczy, mniam mniam… J
d 4. Sądziłam, że jedynym problemem w odnalezieniu
się na polskiej ziemi będzie przypomnienie sobie, po której stronie chodnika
powinno się iść (na razie tylko raz się pomyliłam, wybierając przystanek
tramwajowy nie po tej stronie, co trzeba :D ). A tu się okazało, że największym
problemem jest odnalezienie się… we własnej kuchni. Musiałam wytężyć szare
komóreczki, żeby sobie przypomnieć, gdzie trzymamy talerze, cebulę i małe
łyżeczki. Do tego jeszcze pamięć postanowiła mnie sprawdzić, gdy wpisywałam kod
do drzwi wejściowych… Dawno się tak nie napociłam umysłowo, oj dawno… :D
Za 10 minut mam tramwaj do pracy (żegnajcie ciepłe pociągi
do Saltaire!), więc życzę miłego dnia!





