czwartek, 30 sierpnia 2012

LAKE DISTRICT, czyli “To the left, to the left…”



W końcu się udało.   
Nauczeni doświadczeniem, chłopcy postanowili zarezerwować wieczorem samochód, by następnego dnia po prostu go odebrać. 

Po prostu” jednak się nie da... 

Rezerwacja poszła gładko, ale gdy w poniedziałkowy poranek panowie stanęli przy ladzie, żeby odebrać kluczyki, pani zaczęła robić trudności – a to czegoś nie ma, a to nie pasuje… Na szczęście koledzy byli tak zdeterminowani i nieugięci, że ostatecznie arsenał przeszkód ze strony pani przy ladzie został wyczerpany i musiała się poddać. 

I tak oto, tuż przed 11:00 pod mój apartamentowiec podjechała taka oto bryka.



Nie zwlekając, zapakowaliśmy się w czwórkę do auta i ruszyliśmy w stronę Shipley, by zgarnąć jeszcze jednego kolegę. Cel naszej wyprawy: LAKE DISTRICT, bardzo malowniczy park narodowy z jeziorami,  pagórkami i wzgórzami.
To była moja druga podróż po złej stronie ulicy, ale pierwsza z polską głową za kierownicą. Przemek początkowo kilkakrotnie trafiał prawą ręką w szybę w poszukiwaniu skrzyni biegów, ale poza tym naprawdę świetnie radził sobie za kółkiem. Ja natomiast złapałam się kilka razy na tym, że patrzyłam nie w tym kierunku co trzeba albo miałam wrażenie, że jedziemy pod prąd. Na szczęście przynajmniej ronda były tak zbudowane i oznakowane, że istniało małe prawdopodobieństwo pojechania na nich pod prąd. (Małe, bo nie prowadziłam…)
Będąc już niedaleko Lake District, zatrzymaliśmy się w  Kendal, miasteczku niedaleko parku narodowego:

 






































na śniadanie w mało znanym lokalu:



Posileni, udaliśmy się do magicznego świata gór i jezior.
Zresztą, co się będę „produkować”, sami zobaczcie:


















Wspominałam już, że przez cały dzień lało?  


CAŁY. DZIEŃ.


Muszę tam wrócić, koniecznie!

środa, 29 sierpnia 2012

Bajka o tym, jak chcieliśmy wypożyczyć samochód i co nam z tego wyszło.




Korzystając z okazji, że w Anglii ostatni poniedziałek sierpnia jest dniem wolnym, postanowiliśmy z czwórką kolegów intensywnie wykorzystać ten czas i zwiedzić  tyle, ile się da. Wymyśliliśmy sobie, że w niedzielę wypożyczymy samochód na dwa dni i przejedziemy się w góry i/lub na wschodnie wybrzeże. Plan był genialny w swej prostocie: 

1.Idziemy do wypożyczalni
2. Wypożyczamy auto
3. Jedziemy
4. Eksplorujemy
5. Wracamy

Utknęliśmy na punkcie drugim…
Gdy o 10:00 stanęliśmy w drzwiach wypożyczalni (dosłownie w drzwiach, bo przed nami była kolejka) i w końcu Łukasz z Przemkiem dotarli do lady, pani uprzejmie poinformowała, że wszystkie samochody są już zarezerwowane, czym nieco ich zdziwiła, bo o 22:00 na stronie internetowej dostępnych było jeszcze 58 aut. Tym samym uprzejmym tonem  pani za ladą podpowiedziała naszym reprezentantom, że 10 minut drogi od wypożyczalni jest drugie takie miejsce i tam na pewno wypożyczymy auto. Owszem, wypożyczalnia była, ale… zamknięta.
Usiedliśmy na murku, Łukasz próbował jeszcze przez telefon załatwić auto w innym miejscu, ale okazało się, że jego bank odrzucał próbę dokonania przez wypożyczalnię pre-autoryzacji i wróciliśmy do punktu wyjścia. Zaproponowałam, że skoro jest już po 11:00, a my nadal nie mamy auta, to może skorzystamy z pogody oraz naszego planu B i wypożyczymy rowery.
Po drodze napotkaliśmy autobus…

 Który okazał się być …


Biblioteką na kółkach.


Trafiliśmy do wypożyczalni tuż przy dworcu kolejowym Leeds. Za jedyne 8 funtów można było dostać od ręki piękny rower miejski lub za 10 funtów rower górski. Jedynym warunkiem wypożyczenia takiego roweru było pozostawienie w depozycie 250 funtów (czyli ponad 1000 zł). Pan z wypożyczalni wyjaśnił, że rowery są warte przynajmniej 650 funtów, więc i tak depozyt nie jest wygórowaną sumą. Niestety, wszystkie rowery górskie „wyszły” i musieliśmy zadowolić się wersją miejską.
Stojąc przy kasie i prawie ze łzami w oczach obserwując, jak mi 250 funtów znika z konta, kątem oka dostrzegłam monitor, na którym wyświetlały się godziny odjazdu pociągów. Wystarczy wypożyczyć rower, przejść przez ulicę, wsiąść do pociągu, wyjechać poza Leeds i zmierzyć się z okolicznymi pagórkami lub terenami parków narodowych. Świetna sprawa!
Jeszcze tylko wyregulowanie siodełka, napompowanie kół i tak oto „cztery kółka” zamieniliśmy na osiem.
Nasz cel: Eccup Reservoir. 

I ruszyyyliiii… 


Omatkobosko! Nie wiedziałam, że Leeds jest tak pagórkowate! Pierwsze mile/kilometry były cudowne – tylko w dół, w dół, w dół, wiatr we włosach i muchy w zębach. Potem było już tylko gorzej… Początkowo nawet jakoś walczyłam z podjazdami, ale chyba przez biedne, miejskie przerzutki, za niskie siodełko albo moją słabą kondycję ( a skąd!), po pierwszej godzinie jazdy każdy następny podjazd pokonywałam pieszo. W zasadzie koledzy nie byli jakoś dużo szybsi jadąc pod górkę, gdy ja w tym czasie prowadziłam mojego rumaka (przynajmniej tak sobie wmawiam ).
Po kilku milach krajobraz miejski zmienił się niepostrzeżenie w ocean traw, pól i lekkich wzniesień, z przerwami na drogę przez las. Tak nam się dobrze pedałowało, że  dopiero napotkani turyści poinformowali nas, że zjazd do zbiornika wodnego minęliśmy  jakieś dwie mile temu. Trafiliśmy za to na szlak turystyczny prowadzący przez czyjąś posiadłość z niezliczoną ilością owiec i widokiem na posiadłość Harewood.
Objechaliśmy teren dookoła, testując rowery miejskie na „wiejskich”, górskich drogach. Spisywały się dzielnie. Po drodze trafiliśmy na sąsiedzką imprezę, możliwe że z okazji pożegnania lata, na której królowały… karaibskie dźwięki. Ciekawe doświadczenie.
W międzyczasie dopadła nas ulewa, którą musieliśmy przeczekać pod drzewami. To nas jednak nie powstrzymało, ba!, nawet  jednomyślnie podjęliśmy decyzję, że prosto spod zbiornika ruszymy na ciepły posiłek do naszych kolegów w Shipley (czyli do miasteczka, do którego teraz codziennie dojeżdżam 15 minut pociągiem do pracy z Leeds).
Gdybyśmy wiedzieli na co się piszemy, pewnie zastanowilibyśmy się nad tym pomysłem dwa razy. Na szczęście dla nas, nie mieliśmy pojęcia, na co się porywamy.
Tym razem bez trudu trafiliśmy pod Eccup Reservoir, cyknęliśmy pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy dalej. Pogoda w tym czasie zmieniła się diametralnie – wyszło cudowne słońce, a wiatr przegonił z nieba szarości. 
Trasa do Shipley okazała się być dla mnie drogą przez mękę, ale mękę z cudownymi widokami. Chociaż przez chwilę mogłam się poczuć jak Maja Włoszczowska, tyle że z rowerem prawie pod pachą…
Ostatkiem sił dojechałam do Shipley, zjedliśmy  kolację, chwilę odpoczęliśmy i o 20:00 ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem jednak całe 13 mil  po równej nawierzchni, wzdłuż kanału rzeki Aire, łączącego Shipley z Leeds.
Dopiero wczoraj wieczorem postanowiłam sprawdzić, jaki dystans właściwie pokonaliśmy. Uwaga, uwaga… ponad 60 kilometrów…
Pośladki bolą mnie teraz jeszcze bardziej.Czasem lepiej jednak nie wiedzieć… Auć.

P.S. Z tego wszystkiego okazało się, że mam z tej wyprawy dosłownie kilka zdjęć, reszta to filmiki kręcona przez Łukasza i to akurat wtedy, gdy świeciło słońce, dlatego poniżej pochmurna Anglia... 

Łąka usiana owcami, a w tle Harewood, czyli jak to określono w Wiki "elegancki dom" :)




Blokada...


W lesie, między drzewami trafiliśmy na stary cmentarz...

W oczekiwaniu na przerwę w dostawie deszczu - przypadkiem zmieścił nam się w kadrze piękny samochód.








sobota, 25 sierpnia 2012

Przeprowadzka, czyli wpis dla Leniwych


Po dwóch tygodniach bez lodówki, kuchenki, pralki i balkonu, nareszcie dostałyśmy z Sylwią swój kąt.
Wyprowadziłyśmy się z hotelu IBIS Shipley, który wyglądał tak:




Do apartamentu, który wygląda tak:










Dostałyśmy nawet tak zwany "pakiet startowy":








 

(to chyba na wypadek niekontrolowanego posikania się z radości...)




Zmieniłyśmy nie tylko lokum, ale i otoczenie. Przeniosłyśmy się z Shipley:






do Leeds:






  


Dzięki Ci, o firmo, za Twe hojne dary… 


piątek, 24 sierpnia 2012

Polskie uszy słyszą co chcą...


 ...a jak nie dosłyszą, to polska głowa od razu dorzuci coś od siebie.
Pierwszego dnia w pracy, gdy dostałam swoje biurko, podszedł do mnie tutejszy manager i wypowiedział kilka słów. Jedyne, co zrozumiałam, to „Fire…x”. Skoro siedziałam przed laptopem, to wytłumaczyłam sobie, że pewnie chce, żebym odpaliła Firefoxa. Prościzna. Odpalam, zadowolona z siebie zerkam na managera, a jego... nie było, jak w opowieści Mariolki kabaretu Paranienormalni. Ujrzałam tylko jego oddalające się plecy i coś mnie tknęło, żeby za nimi podążać, choć zaczęłam się zastanawiać, po co mi każe odpalać Firefoxa i sobie idzie. Po chwili wszystko się wyjaśniło: „Fire…x” okazało się być niczym innym jak wycieczką po biurze i zapoznaniu się ze wszystkimi możliwymi wyjściami z budynku na wypadek pożaru ( „Fire Exits” ). Się zna te języki, nie?

Przyznając się do tego zdarzenia kolegom, od razu otrzymałam garść opowieści o podobnych sytuacjach w ich wykonaniu.

Najbardziej spodobała mi się historia amsterdamska, kiedy to nasz kolega miał załatwić u recepcjonisty tymczasowego  badge`a   (plakietkę) dla siebie i drugiego kolegi:
„Hello, I`m from Poland and I need a temporary bitches”...
Potejto, potato, jak to mówią u nas w firmie.

Zresztą, pobyt tutaj ma najwidoczniej  wpływ również na myślenie po polsku. Tego samego dnia, po mojej „firefoxowej” historii, nadszedł wieczór i odwiedziny u kolegów. Zgadało się na temat gór, tatrzańskich szlaków itd. Przyznałam się, że strasznie tęsknię za polskimi górami i szkoda, że w tym roku ominie mnie sezon wędrowniczy. Jeden z kolegów, słysząc to, uśmiechnął się szeroko i powiedział w tonie chwalącego się przedszkolaka: 

- A ja byłem w tym roku w Tatrach i nawet wszedłem na Giewonta i na ten drugi… Wichrowy Świerk.
Nastąpiła lekka konsternacja. Tyle lat jeżdżę w Tatry, a nigdy nie słyszałam o Wichrowym Świerku.
- Jesteś pewien, że tak się nazywał ten szczyt? – zapytałam i od razu dodałam – może chodziło Ci o Czerwone Wierchy?
- Nie, nie, przecież wiem, na co wchodziłem. To znany szczyt, dojeżdża tam nawet kolejka.
- Kasprowy Wierch?
- No, no, ten właśnie.

Potejto, potato…