W końcu się udało.
Nauczeni doświadczeniem, chłopcy postanowili zarezerwować wieczorem
samochód, by następnego dnia po prostu go odebrać.
„Po prostu” jednak się nie da...
Rezerwacja poszła gładko, ale gdy w poniedziałkowy poranek
panowie stanęli przy ladzie, żeby odebrać kluczyki, pani zaczęła robić
trudności – a to czegoś nie ma, a to nie pasuje… Na szczęście koledzy byli tak
zdeterminowani i nieugięci, że ostatecznie arsenał przeszkód ze strony pani
przy ladzie został wyczerpany i musiała się poddać.
I tak oto, tuż przed 11:00 pod mój apartamentowiec
podjechała taka oto bryka.
Nie zwlekając, zapakowaliśmy się w czwórkę do auta i ruszyliśmy
w stronę Shipley, by zgarnąć jeszcze jednego kolegę. Cel naszej wyprawy: LAKE
DISTRICT, bardzo malowniczy park narodowy z jeziorami,
pagórkami i wzgórzami.
To była moja druga podróż po złej stronie ulicy, ale
pierwsza z polską głową za kierownicą. Przemek początkowo kilkakrotnie trafiał
prawą ręką w szybę w poszukiwaniu skrzyni biegów, ale poza tym naprawdę
świetnie radził sobie za kółkiem. Ja natomiast złapałam się kilka razy na tym,
że patrzyłam nie w tym kierunku co trzeba albo miałam wrażenie, że jedziemy pod
prąd. Na szczęście przynajmniej ronda były tak zbudowane i oznakowane, że
istniało małe prawdopodobieństwo pojechania na nich pod prąd. (Małe, bo nie
prowadziłam…)
Będąc już niedaleko Lake District, zatrzymaliśmy się w Kendal, miasteczku niedaleko parku narodowego:
Posileni, udaliśmy się do magicznego świata gór i jezior.
Wspominałam już, że przez cały dzień lało?
CAŁY. DZIEŃ.
CAŁY. DZIEŃ.
Muszę tam wrócić, koniecznie!


Dobrze że pogoda dopisała :?
OdpowiedzUsuń