środa, 15 sierpnia 2012

Anglia jest… UROCZA!



 
A z pewnością okolica, do jakiej trafiliśmy. Jesteśmy w dolinie, a dookoła otaczają nas zielone pagórki. W ogóle jest tu mnóstwo zieleni, pnących się do góry uliczek,  małych domków, szeregowców, zabytków, kominów i budynków pofabrycznych. Zresztą, nawet biuro klienta  i apartamenty naszych kolegów mieszczą się w czymś a`la Manufaktura.  Nasz hotel znajduje się tuż przy kanale rzecznym, gdzie cumują UROCZE łódki. Ta mieszanka sielskiego krajobrazu i poprzemysłowego klimatu sprawia, że czuję się jakbym była w Łodzi i bliskim memu sercu Strzegomiu jednocześnie. Jest tu kilka starych, odrapanych, zaniedbanych lub opuszczonych budynków, ale ogólnie wrażenie pozostaje jak najbardziej dobre. Ludzie są bardzo przyjemni i uprzejmi (przynajmniej na razie tylko takich spotkałam). Gdy wybraliśmy się wczoraj na spacer po okolicy, każdy rowerzysta  mówił „dziękuję”, gdy nas mijał. KAŻDY. Nawet jeśli i tak szliśmy gęsiego i nie było potrzeby schodzenia na bok, by rower mógł się zmieścić, słyszeliśmy co chwilę: „Thank you”. UROCZE! :)

Spacerując po okolicy, trafiliśmy pod zabytkowy kościół, który wyglądem przypominał nieco francuską katedrę. Naszą uwagę przykuły ni to nagrobki, ni to tablice „ku czci”, bardzo stare, które częściowo robiły za… chodnik, a częściowo tworzyły swoistą „ozdobę” muru przy świątyni.


 Zaraz obok znaleźliśmy się w malutkim parku, którego centralną częścią był… ogromny, pięknie przystrzyżony prostokąt trawy. Na nim zaś odbywał się turniej bowlingu ( gra podobna do francuskich bouli). Zaciekawiona, dosiadłam się do staruszka notującego coś pilnie na małej kartce i już po chwili poznałam podstawy gry, imiona zawodników i dowiedziałam się, że mój przesympatyczny rozmówca jest aktywnym graczem od dziesiątego roku życia, a także kapitanem jednej z drużyn. UROCZE! Tak naprawdę, chyba całą naszą czwórkę zaintrygowały te rozgrywki. Coś czuję, że niedługo znowu się pojawimy w tym parku i być może uda nam się nawet zagrać :)

Dopiero dzisiaj zaznaliśmy iście angielskiej pogody. Rano, podczas chodzingu z Sylwią o 6.30 (taka odmiana joggingu dla leniwych),  było w miarę ciepło, choć lekko pochmurnie, więc ucieszona, że mamy takie szczęście do pogody, założyłam sandałki i koszulkę z krótkim rękawkiem do pracy. Oj, jak to dobrze, że w mądrości swojej zostawiłam w plecaku, który robił za bagaż podręczny, kurtkę przeciwdeszczową i parasolkę… Padało całe popołudnie i to naprawdę… nieuroczo. Totalne przeciwieństwo naszego wczorajszego, sielskiego popołudnia.

Przemknęliśmy do hotelu, przebraliśmy się (ja dodatkowo wygarnęłam wodę z pokoju, bo zostawiłam otwarte okno i zalało mi cały parapet od środka), zakupiliśmy jedzenie i picie, i wbiliśmy się do Pawła na mecz Anglia-Włochy. Teraz właśnie trwa druga połowa, jest  1:1, a my gramy w Ligretto (dzięki Asiu i Jacku! P.S. Mamo, koniecznie muszę Cię w to nauczyć grać!).
Ściskam ciepło!
Iza na walizach


widok z mostu niedaleko hotelu (wtorek) - tak, to ptactwo płynące gęsiego to... gęsi :>

 

 bowling
Shipley - Zgadnijcie, ku czyjej czci wystawiono ten pomnik... (odp. Księżnej Diany... )




 Moje stanowisko pracy :)
 ileż frajdy może sprawić trochę wody z nieba ;)
 NIEUROCZO (środa)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz