A z pewnością okolica, do jakiej trafiliśmy. Jesteśmy w dolinie, a
dookoła otaczają nas zielone pagórki. W ogóle jest tu mnóstwo zieleni, pnących
się do góry uliczek, małych domków,
szeregowców, zabytków, kominów i budynków pofabrycznych. Zresztą, nawet biuro
klienta i apartamenty naszych kolegów
mieszczą się w czymś a`la Manufaktura. Nasz
hotel znajduje się tuż przy kanale rzecznym, gdzie cumują UROCZE łódki. Ta
mieszanka sielskiego krajobrazu i poprzemysłowego klimatu sprawia, że czuję się
jakbym była w Łodzi i bliskim memu sercu Strzegomiu jednocześnie. Jest tu kilka
starych, odrapanych, zaniedbanych lub opuszczonych budynków, ale ogólnie
wrażenie pozostaje jak najbardziej dobre. Ludzie są bardzo przyjemni i uprzejmi
(przynajmniej na razie tylko takich spotkałam). Gdy wybraliśmy się wczoraj na
spacer po okolicy, każdy rowerzysta mówił „dziękuję”, gdy nas mijał. KAŻDY. Nawet
jeśli i tak szliśmy gęsiego i nie było potrzeby schodzenia na bok, by rower
mógł się zmieścić, słyszeliśmy co chwilę: „Thank you”. UROCZE! :)
Spacerując po okolicy, trafiliśmy pod zabytkowy kościół,
który wyglądem przypominał nieco francuską katedrę. Naszą uwagę przykuły ni to
nagrobki, ni to tablice „ku czci”, bardzo stare, które częściowo robiły za…
chodnik, a częściowo tworzyły swoistą „ozdobę” muru przy świątyni.
Zaraz obok
znaleźliśmy się w malutkim parku, którego centralną częścią był… ogromny, pięknie
przystrzyżony prostokąt trawy. Na nim zaś odbywał się turniej bowlingu ( gra
podobna do francuskich bouli). Zaciekawiona, dosiadłam się do staruszka
notującego coś pilnie na małej kartce i już po chwili poznałam podstawy gry,
imiona zawodników i dowiedziałam się, że mój przesympatyczny rozmówca jest
aktywnym graczem od dziesiątego roku życia, a także kapitanem jednej z drużyn. UROCZE!
Tak naprawdę, chyba całą naszą czwórkę zaintrygowały te rozgrywki. Coś czuję,
że niedługo znowu się pojawimy w tym parku i być może uda nam się nawet zagrać
:)
Dopiero dzisiaj zaznaliśmy iście angielskiej pogody. Rano,
podczas chodzingu z Sylwią o 6.30 (taka odmiana joggingu dla leniwych), było w miarę ciepło, choć lekko pochmurnie, więc
ucieszona, że mamy takie szczęście do pogody, założyłam sandałki i koszulkę z
krótkim rękawkiem do pracy. Oj, jak to dobrze, że w mądrości swojej zostawiłam
w plecaku, który robił za bagaż podręczny, kurtkę przeciwdeszczową i parasolkę…
Padało całe popołudnie i to naprawdę… nieuroczo. Totalne przeciwieństwo naszego
wczorajszego, sielskiego popołudnia.
Przemknęliśmy do hotelu, przebraliśmy się (ja dodatkowo
wygarnęłam wodę z pokoju, bo zostawiłam otwarte okno i zalało mi cały parapet
od środka), zakupiliśmy jedzenie i picie, i wbiliśmy się do Pawła na mecz
Anglia-Włochy. Teraz właśnie trwa druga połowa, jest 1:1, a my gramy w Ligretto (dzięki Asiu i
Jacku! P.S. Mamo, koniecznie muszę Cię w to nauczyć grać!).
Ściskam ciepło!
Iza na walizach












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz