Korzystając z okazji, że w Anglii ostatni poniedziałek
sierpnia jest dniem wolnym, postanowiliśmy z czwórką kolegów intensywnie
wykorzystać ten czas i zwiedzić tyle,
ile się da. Wymyśliliśmy sobie, że w niedzielę wypożyczymy samochód na dwa dni
i przejedziemy się w góry i/lub na wschodnie wybrzeże. Plan był genialny w swej
prostocie:
1.Idziemy do wypożyczalni
2. Wypożyczamy auto
3. Jedziemy
4. Eksplorujemy
5. Wracamy
Utknęliśmy na punkcie drugim…
Gdy o 10:00 stanęliśmy w drzwiach wypożyczalni (dosłownie w
drzwiach, bo przed nami była kolejka) i w końcu Łukasz z Przemkiem dotarli do
lady, pani uprzejmie poinformowała, że wszystkie samochody są już
zarezerwowane, czym nieco ich zdziwiła, bo o 22:00 na stronie internetowej
dostępnych było jeszcze 58 aut. Tym samym uprzejmym tonem pani za ladą podpowiedziała naszym
reprezentantom, że 10 minut drogi od wypożyczalni jest drugie takie miejsce i
tam na pewno wypożyczymy auto. Owszem, wypożyczalnia była, ale… zamknięta.
Usiedliśmy na murku, Łukasz próbował jeszcze przez telefon
załatwić auto w innym miejscu, ale okazało się, że jego bank odrzucał próbę
dokonania przez wypożyczalnię pre-autoryzacji i wróciliśmy do punktu wyjścia.
Zaproponowałam, że skoro jest już po 11:00, a my nadal nie mamy auta, to może
skorzystamy z pogody oraz naszego planu B i wypożyczymy rowery.
Po drodze napotkaliśmy autobus…
Biblioteką na kółkach.
Trafiliśmy do wypożyczalni tuż przy dworcu kolejowym Leeds.
Za jedyne 8 funtów można było dostać od ręki piękny rower miejski lub za 10
funtów rower górski. Jedynym warunkiem wypożyczenia takiego roweru było
pozostawienie w depozycie 250 funtów (czyli ponad 1000 zł). Pan z wypożyczalni
wyjaśnił, że rowery są warte przynajmniej 650 funtów, więc i tak depozyt nie
jest wygórowaną sumą. Niestety, wszystkie rowery górskie „wyszły” i musieliśmy
zadowolić się wersją miejską.
Stojąc przy kasie i prawie ze łzami w oczach obserwując, jak
mi 250 funtów znika z konta, kątem oka dostrzegłam monitor, na którym
wyświetlały się godziny odjazdu pociągów. Wystarczy wypożyczyć rower, przejść
przez ulicę, wsiąść do pociągu, wyjechać poza Leeds i zmierzyć się z
okolicznymi pagórkami lub terenami parków narodowych. Świetna sprawa!
Jeszcze tylko wyregulowanie siodełka, napompowanie kół i tak
oto „cztery kółka” zamieniliśmy na osiem.
Nasz cel: Eccup Reservoir.
I ruszyyyliiii…
Omatkobosko! Nie wiedziałam, że Leeds jest tak pagórkowate!
Pierwsze mile/kilometry były cudowne – tylko w dół, w dół, w dół, wiatr we
włosach i muchy w zębach. Potem było już tylko gorzej… Początkowo nawet jakoś
walczyłam z podjazdami, ale chyba przez biedne, miejskie przerzutki, za niskie
siodełko albo moją słabą kondycję ( a skąd!), po pierwszej godzinie jazdy każdy
następny podjazd pokonywałam pieszo. W zasadzie koledzy nie byli jakoś dużo
szybsi jadąc pod górkę, gdy ja w tym czasie prowadziłam mojego rumaka
(przynajmniej tak sobie wmawiam ).
Po kilku milach krajobraz miejski zmienił się
niepostrzeżenie w ocean traw, pól i lekkich wzniesień, z przerwami na drogę
przez las. Tak nam się dobrze pedałowało, że
dopiero napotkani turyści poinformowali nas, że zjazd do zbiornika
wodnego minęliśmy jakieś dwie mile temu.
Trafiliśmy za to na szlak turystyczny prowadzący przez czyjąś posiadłość z
niezliczoną ilością owiec i widokiem na posiadłość Harewood.
Objechaliśmy teren dookoła, testując rowery miejskie na
„wiejskich”, górskich drogach. Spisywały się dzielnie. Po drodze trafiliśmy na
sąsiedzką imprezę, możliwe że z okazji pożegnania lata, na której królowały…
karaibskie dźwięki. Ciekawe doświadczenie.
W międzyczasie dopadła nas ulewa, którą musieliśmy
przeczekać pod drzewami. To nas jednak nie powstrzymało, ba!, nawet jednomyślnie podjęliśmy decyzję, że prosto
spod zbiornika ruszymy na ciepły posiłek do naszych kolegów w Shipley (czyli do
miasteczka, do którego teraz codziennie dojeżdżam 15 minut pociągiem do pracy z
Leeds).
Gdybyśmy wiedzieli na co się piszemy, pewnie
zastanowilibyśmy się nad tym pomysłem dwa razy. Na szczęście dla nas, nie
mieliśmy pojęcia, na co się porywamy.
Tym razem bez trudu trafiliśmy pod Eccup Reservoir,
cyknęliśmy pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy dalej. Pogoda w tym czasie zmieniła
się diametralnie – wyszło cudowne słońce, a wiatr przegonił z nieba szarości.
Trasa do Shipley okazała się być dla mnie drogą przez mękę,
ale mękę z cudownymi widokami. Chociaż przez chwilę mogłam się poczuć jak Maja
Włoszczowska, tyle że z rowerem prawie pod pachą…
Ostatkiem sił dojechałam do Shipley, zjedliśmy kolację, chwilę odpoczęliśmy i o 20:00
ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem jednak całe 13 mil po równej nawierzchni, wzdłuż kanału rzeki
Aire, łączącego Shipley z Leeds.
Dopiero wczoraj wieczorem postanowiłam sprawdzić, jaki
dystans właściwie pokonaliśmy. Uwaga, uwaga… ponad 60 kilometrów…
Pośladki bolą mnie teraz jeszcze bardziej.Czasem lepiej
jednak nie wiedzieć… Auć.
P.S. Z tego wszystkiego okazało się, że mam z tej wyprawy dosłownie kilka zdjęć, reszta to filmiki kręcona przez Łukasza i to akurat wtedy, gdy świeciło słońce, dlatego poniżej pochmurna Anglia...
Blokada...
W lesie, między drzewami trafiliśmy na stary cmentarz...








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz