środa, 29 sierpnia 2012

Bajka o tym, jak chcieliśmy wypożyczyć samochód i co nam z tego wyszło.




Korzystając z okazji, że w Anglii ostatni poniedziałek sierpnia jest dniem wolnym, postanowiliśmy z czwórką kolegów intensywnie wykorzystać ten czas i zwiedzić  tyle, ile się da. Wymyśliliśmy sobie, że w niedzielę wypożyczymy samochód na dwa dni i przejedziemy się w góry i/lub na wschodnie wybrzeże. Plan był genialny w swej prostocie: 

1.Idziemy do wypożyczalni
2. Wypożyczamy auto
3. Jedziemy
4. Eksplorujemy
5. Wracamy

Utknęliśmy na punkcie drugim…
Gdy o 10:00 stanęliśmy w drzwiach wypożyczalni (dosłownie w drzwiach, bo przed nami była kolejka) i w końcu Łukasz z Przemkiem dotarli do lady, pani uprzejmie poinformowała, że wszystkie samochody są już zarezerwowane, czym nieco ich zdziwiła, bo o 22:00 na stronie internetowej dostępnych było jeszcze 58 aut. Tym samym uprzejmym tonem  pani za ladą podpowiedziała naszym reprezentantom, że 10 minut drogi od wypożyczalni jest drugie takie miejsce i tam na pewno wypożyczymy auto. Owszem, wypożyczalnia była, ale… zamknięta.
Usiedliśmy na murku, Łukasz próbował jeszcze przez telefon załatwić auto w innym miejscu, ale okazało się, że jego bank odrzucał próbę dokonania przez wypożyczalnię pre-autoryzacji i wróciliśmy do punktu wyjścia. Zaproponowałam, że skoro jest już po 11:00, a my nadal nie mamy auta, to może skorzystamy z pogody oraz naszego planu B i wypożyczymy rowery.
Po drodze napotkaliśmy autobus…

 Który okazał się być …


Biblioteką na kółkach.


Trafiliśmy do wypożyczalni tuż przy dworcu kolejowym Leeds. Za jedyne 8 funtów można było dostać od ręki piękny rower miejski lub za 10 funtów rower górski. Jedynym warunkiem wypożyczenia takiego roweru było pozostawienie w depozycie 250 funtów (czyli ponad 1000 zł). Pan z wypożyczalni wyjaśnił, że rowery są warte przynajmniej 650 funtów, więc i tak depozyt nie jest wygórowaną sumą. Niestety, wszystkie rowery górskie „wyszły” i musieliśmy zadowolić się wersją miejską.
Stojąc przy kasie i prawie ze łzami w oczach obserwując, jak mi 250 funtów znika z konta, kątem oka dostrzegłam monitor, na którym wyświetlały się godziny odjazdu pociągów. Wystarczy wypożyczyć rower, przejść przez ulicę, wsiąść do pociągu, wyjechać poza Leeds i zmierzyć się z okolicznymi pagórkami lub terenami parków narodowych. Świetna sprawa!
Jeszcze tylko wyregulowanie siodełka, napompowanie kół i tak oto „cztery kółka” zamieniliśmy na osiem.
Nasz cel: Eccup Reservoir. 

I ruszyyyliiii… 


Omatkobosko! Nie wiedziałam, że Leeds jest tak pagórkowate! Pierwsze mile/kilometry były cudowne – tylko w dół, w dół, w dół, wiatr we włosach i muchy w zębach. Potem było już tylko gorzej… Początkowo nawet jakoś walczyłam z podjazdami, ale chyba przez biedne, miejskie przerzutki, za niskie siodełko albo moją słabą kondycję ( a skąd!), po pierwszej godzinie jazdy każdy następny podjazd pokonywałam pieszo. W zasadzie koledzy nie byli jakoś dużo szybsi jadąc pod górkę, gdy ja w tym czasie prowadziłam mojego rumaka (przynajmniej tak sobie wmawiam ).
Po kilku milach krajobraz miejski zmienił się niepostrzeżenie w ocean traw, pól i lekkich wzniesień, z przerwami na drogę przez las. Tak nam się dobrze pedałowało, że  dopiero napotkani turyści poinformowali nas, że zjazd do zbiornika wodnego minęliśmy  jakieś dwie mile temu. Trafiliśmy za to na szlak turystyczny prowadzący przez czyjąś posiadłość z niezliczoną ilością owiec i widokiem na posiadłość Harewood.
Objechaliśmy teren dookoła, testując rowery miejskie na „wiejskich”, górskich drogach. Spisywały się dzielnie. Po drodze trafiliśmy na sąsiedzką imprezę, możliwe że z okazji pożegnania lata, na której królowały… karaibskie dźwięki. Ciekawe doświadczenie.
W międzyczasie dopadła nas ulewa, którą musieliśmy przeczekać pod drzewami. To nas jednak nie powstrzymało, ba!, nawet  jednomyślnie podjęliśmy decyzję, że prosto spod zbiornika ruszymy na ciepły posiłek do naszych kolegów w Shipley (czyli do miasteczka, do którego teraz codziennie dojeżdżam 15 minut pociągiem do pracy z Leeds).
Gdybyśmy wiedzieli na co się piszemy, pewnie zastanowilibyśmy się nad tym pomysłem dwa razy. Na szczęście dla nas, nie mieliśmy pojęcia, na co się porywamy.
Tym razem bez trudu trafiliśmy pod Eccup Reservoir, cyknęliśmy pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy dalej. Pogoda w tym czasie zmieniła się diametralnie – wyszło cudowne słońce, a wiatr przegonił z nieba szarości. 
Trasa do Shipley okazała się być dla mnie drogą przez mękę, ale mękę z cudownymi widokami. Chociaż przez chwilę mogłam się poczuć jak Maja Włoszczowska, tyle że z rowerem prawie pod pachą…
Ostatkiem sił dojechałam do Shipley, zjedliśmy  kolację, chwilę odpoczęliśmy i o 20:00 ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem jednak całe 13 mil  po równej nawierzchni, wzdłuż kanału rzeki Aire, łączącego Shipley z Leeds.
Dopiero wczoraj wieczorem postanowiłam sprawdzić, jaki dystans właściwie pokonaliśmy. Uwaga, uwaga… ponad 60 kilometrów…
Pośladki bolą mnie teraz jeszcze bardziej.Czasem lepiej jednak nie wiedzieć… Auć.

P.S. Z tego wszystkiego okazało się, że mam z tej wyprawy dosłownie kilka zdjęć, reszta to filmiki kręcona przez Łukasza i to akurat wtedy, gdy świeciło słońce, dlatego poniżej pochmurna Anglia... 

Łąka usiana owcami, a w tle Harewood, czyli jak to określono w Wiki "elegancki dom" :)




Blokada...


W lesie, między drzewami trafiliśmy na stary cmentarz...

W oczekiwaniu na przerwę w dostawie deszczu - przypadkiem zmieścił nam się w kadrze piękny samochód.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz