środa, 22 sierpnia 2012

Tattoos and rubbish



W zasadzie te dwa słowa od początku mojego pobytu w Uniteg Kingdom  towarzyszą mi na każdym kroku.

Tatuaże
Anglicy uwielbiają tatuaże. Takie przynajmniej odniosłam wrażenie po moim krótkim, acz radosnym urzędowaniu tutaj. W supermarkecie,  na regale z prasą, królują magazyny poruszające tematykę tatuażową, a na kasie obsługują żywe „dzieła sztuki”, jeśli mogę to tak określić. Nawet obok mojego hotelu jest salon tatuażu „The Bamboo Rooms”.  Począwszy od nastolatków, a kończąc na starszych, mocno posuniętych w wieku osobach – większość z nich ma przynajmniej jeden tatuaż. Najczęściej to imiona, daty , teksty typu „Only God can judge me” („Tylko Bóg może mnie osądzić”) i… gwiazdki. I to bez względu na prezentowaną płeć. Myślałam, że może to jakaś lokalna moda, może tradycja, ale wizyta w Blackpool obaliła moją hipotezę. Przyglądając się niektórym tworom, gdy stałam w długich kolejkach do atrakcji Pleasure Beach (a miałam na to mnóstwo czasu, ;> ) miałam wrażenie, że właścicielowi wytatuowanego ciała nie zależało na jakości tatuażu – bardziej na samym fakcie posiadania go.  Kicz i niechlujne wykonanie. Co kto lubi.

Śmieci
W zasadzie można by się pokusić o hipotezę, że Anglicy mają taki stosunek do wyglądu tatuażu, jak i do względnej czystości. To, czego byłam i jestem świadkiem, jeszcze do mnie nie dociera. Owszem, jestem bałaganiarą, ale to, co tutaj się wyprawia, przechodzi wszelkie pojęcie.
Pamiętacie, jak pisałam w relacji z Blackpool o moim  lekkim zdziwieniu brakiem koszy na śmieci na dworcu i w pociągu? Teraz już wiem, czemu Anglicy nie potrzebują czegoś takiego jak kosz – dla nich koszem/śmietnikiem jest wszystko. Dosłownie WSZYSTKO. Ha! I  zagadka rozwiązana!
Gdy byliśmy w Blackpool, przed nami, po chodniku wzdłuż głównej ulicy, szła grupka nastolatek. Jedna z dziewczyn grzebała zawzięcie w swojej torbie. W końcu znalazła ogromną bułę zawiniętą w folię aluminiową i… po prostu ją rzuciła na chodnik. I poszła dalej.  Przypadek? Nieee…. Kilka godzin później w ramach szybkiego obiadu wybraliśmy się do Burger King. Ja, jak to przystało na prawdziwą kobietę, skierowałam się do jedynego słusznego pomieszczenia w lokalu – toalety. Już na „dzień dobry” powitał mnie mały stosik papierów po burgerach i kubków po coli pilnujący wejścia. Tak, jakby wyznawano tu zasadę „gdzie skończę, tam ciepnę”. I w zasadzie chyba trafiłam w sedno, bo gdy wyszłam z kabiny, zobaczyłam już tylko plecy dziewczyny, która dopiła swojego Sprite`a i rzuciła pustą butelkę na posadzkę łazienki. Ot tak, a co.

I mimo tego dziwnego zachowania, wciąż uważam, że Anglicy są sympatyczni, a ich kraj UROCZY. Ament i angielski zamęt.


2 komentarze: