W zasadzie te dwa słowa od początku mojego pobytu w Uniteg
Kingdom towarzyszą mi na każdym kroku.
Tatuaże
Anglicy uwielbiają tatuaże. Takie przynajmniej odniosłam
wrażenie po moim krótkim, acz radosnym urzędowaniu tutaj. W supermarkecie, na regale z prasą, królują magazyny
poruszające tematykę tatuażową, a na kasie obsługują żywe „dzieła sztuki”,
jeśli mogę to tak określić. Nawet obok mojego hotelu jest salon tatuażu „The
Bamboo Rooms”. Począwszy od nastolatków,
a kończąc na starszych, mocno posuniętych w wieku osobach – większość z nich ma
przynajmniej jeden tatuaż. Najczęściej to imiona, daty , teksty typu „Only God
can judge me” („Tylko Bóg może mnie osądzić”) i… gwiazdki. I to bez względu na
prezentowaną płeć. Myślałam, że może to jakaś lokalna moda, może tradycja, ale
wizyta w Blackpool obaliła moją hipotezę. Przyglądając się niektórym tworom, gdy
stałam w długich kolejkach do atrakcji Pleasure Beach (a miałam na to mnóstwo
czasu, ;> ) miałam wrażenie, że właścicielowi wytatuowanego ciała nie
zależało na jakości tatuażu – bardziej na samym fakcie posiadania go. Kicz i niechlujne wykonanie. Co kto lubi.
Śmieci
W zasadzie można by się pokusić o hipotezę, że Anglicy mają
taki stosunek do wyglądu tatuażu, jak i do względnej czystości. To, czego byłam
i jestem świadkiem, jeszcze do mnie nie dociera. Owszem, jestem bałaganiarą,
ale to, co tutaj się wyprawia, przechodzi wszelkie pojęcie.
Pamiętacie, jak pisałam w relacji z Blackpool o moim lekkim zdziwieniu brakiem koszy na śmieci na
dworcu i w pociągu? Teraz już wiem, czemu Anglicy nie potrzebują czegoś takiego
jak kosz – dla nich koszem/śmietnikiem jest wszystko. Dosłownie WSZYSTKO. Ha! I
zagadka rozwiązana!
Gdy byliśmy w Blackpool, przed nami, po chodniku wzdłuż
głównej ulicy, szła grupka nastolatek. Jedna z dziewczyn grzebała zawzięcie w
swojej torbie. W końcu znalazła ogromną bułę zawiniętą w folię aluminiową i… po
prostu ją rzuciła na chodnik. I poszła dalej. Przypadek? Nieee…. Kilka godzin później w
ramach szybkiego obiadu wybraliśmy się do Burger King. Ja, jak to przystało na
prawdziwą kobietę, skierowałam się do jedynego słusznego pomieszczenia w lokalu
– toalety. Już na „dzień dobry” powitał mnie mały stosik papierów po burgerach
i kubków po coli pilnujący wejścia. Tak, jakby wyznawano tu zasadę „gdzie
skończę, tam ciepnę”. I w zasadzie chyba trafiłam w sedno, bo gdy wyszłam z
kabiny, zobaczyłam już tylko plecy dziewczyny, która dopiła swojego Sprite`a i
rzuciła pustą butelkę na posadzkę łazienki. Ot tak, a co.
I mimo tego dziwnego zachowania, wciąż uważam, że Anglicy są
sympatyczni, a ich kraj UROCZY. Ament i angielski zamęt.
Może też się skusisz na Tatoo?! grabi
OdpowiedzUsuńWhy not! Może Krówkę? :D
OdpowiedzUsuń