Czy można już pierwszego dnia, kilka godzin po wylądowaniu
na angielskiej ziemi, otrzeć się o śmierć? Można. Testerem tej hipotezy został
Maciek, gdy zostawiliśmy rzeczy w hotelu i postanowiliśmy zwiedzić okolicę.
Przechodziliśmy przez małą uliczkę, kiedy z lewej strony, zza rogu wyłonił się
niespodziewanie samochód terenowy (w zasadzie TARANOWY), a Maciek był właśnie w
trakcie przechodzenia przez drugą połowę uliczki. Samochód zwolnił, Maciek się
zawahał i też zwolnił, po czym święcie przekonany, że samochód go przepuszcza,
ruszył dalej. I został „kulturalnie” przepchnięty przez samochód z jakiś metr.
Dostał opierdziel i babeczka kierująca pojazdem odjechała. Oczywiście, w
naszych polskich głowach, nie w tym
kierunku co trzeba.
Pomijam fakt, że przejścia dla pieszych to istna szkoła
przetrwania. Często nie ma sygnalizacji dla pieszych, a jeśli już jest,
człowiek spędza wieczność na czekaniu na „zielone”, dlatego na porządku
dziennym jest przechodzenie na „przyczajonego tygrysa”. Na początku wychodziło
mi bardziej „wejście ćwoka”, bo oczywiście najpierw spoglądałam w lewo,
ucieszona, że nic nie jedzie dokonywałam ataku na przejście i szybko wracałam,
bo ktoś pojawiał się „nie z tej strony, co trzeba”.
Od tamtej pory zaczęłam wręcz na głos powtarzać sobie niczym
mantrę: „najpierw prawo, potem lewo”. W
Blackpool mogłam odetchnąć, bo ktoś chyba specjalnie dla takiego człowieka jak
ja umieścił na każdym przejściu coś takiego:
Skoro już o drodze mowa, nie może zabraknąć typowych dla
Anglii pojazdów:
typowych taksówek...
...typowego autobusu...
...i… nietypowego tramwaju.
Nawet nie wiedziałam, że takie istnieją…
Ruch na ścieżkach rowerowych, jak się słusznie domyślacie,
też jest lewostronny, tak samo na
chodnikach i ścieżkach dla pieszych. Niestety, tego ostatniego zwyczaju jeszcze
nie ogarnęłam i do tej pory zderzam się z „ingliszmanami” w pracy, na trasie do
kuchni/łazienki.
Skoro mowa o left side i polskich głowach to od razu przychodzi mi na myśl: Wrong Side of the Street
A, właśnie. Niedługo spróbujemy wynająć samochód i
pozwiedzać Yorkshire i okolice (a jest co!), więc dam znać, jak polskie głowy
radzą sobie na angielskich drogach. Jeden kolega ma już chrzest bojowy za sobą
i żyje, więc powinno nam się udać. Powinno… :)





Tylko nie prowadź sama hihihi:) grabi
OdpowiedzUsuńPamiętajcie przede wszystkim, by na rondo z dobrej strony wjechać :) podobno z tą "przeszkodą terenową" mają największe problemy nieprzyzwyczajeni do jazdy w Anglii.kami
OdpowiedzUsuń