czwartek, 8 listopada 2012

Wróciłam!




I muszę się z Wami podzielić moimi przemyśleniami!
Po kolei jednak.

Krótka historia o tym, jak Iza wracała do kraju.
 Było ciężko, gdyż iż ponieważ:
a     1. W piątek wieczorem bawiliśmy się u Kiran w Shipley, a do Leeds trzeba było wrócić pociągiem. Załapaliśmy się na ostatni, spóźniony zresztą i pod drzwiami apartamentu byłam po 23:00 (a o 4:30 pobudka…)
b      2. Długo nie mogłam spać, nie wiem, czy z emocji po ostatnim wieczorze w Anglii czy z emocji przed podróżą, niemniej jednak zamiast spać, pozmywałam naczynia, posprzątałam, obejrzałam coś w telewizji i po 1:00 siłą zaciągnęłam siebie do sypialni, przykryłam kołdrą i nakazałam przynajmniej udawać, że chce mi się spać (bo przecież o 4:30 pobudka!).
    3.  Powrót na pokład Łodzi w listopadzie to swoisty strzał w kolano dla psychiki, zwłaszcza gdy zamiast słońca, witają Cię szare, ciężkie chmury oraz jakże zachęcająca do wyjścia z samolotu temperatura  8 stopni (odczuwalna minus hohoho albo i więcej!). Do tego jeszcze chyba po raz pierwszy w życiu miałam okazję przekonać się, dlaczego w opinii większości turystów/przyjezdnych z innych miast Łódź jawi się jako szare, smutne miasto (na szczęście im dłużej tu siedzę, tym więcej kolorów znów  zauważam).

Pobudka odbyła się bez żadnych  zakłóceń i czułam się naprawdę rześko zaraz po przebudzeniu. W samolocie musiałam jednak zaaplikować sobie drzemkę, bo organizm z opóźnieniem przypomniał sobie, że zna się na zegarku i coś mu się nie zgadza w ilości przysługujących mu do tej pory godzin snu.
Pamiętacie, jak wyglądała moja przeprawa, gdy w sierpniu leciałam na wyspę?
Auto na dworzec Łódź Kaliska, pociąg do Warszawy, taksówka na lotnisko, samolot do Doncaster, taksówka do Shipley. Oh yeah!
Tym razem skończyło się na dwóch pociągach i samolocie prosto na pokład.

Chciałabym móc napisać, że był również samochód prosto pod dom, ale minęłabym się w tym momencie lekko z prawdą ;-) Napiszę tylko, że dzięki rozbrykanej czapce mojego Męża (tak, tak, teraz niechaj Wasze głowy wzniosą się na wyżyny kreatywności :D ) miałam bardzo intensywne popołudnie, które zamieniło się w świetny wieczór i ostatecznie w łożu własnym znalazłam się grubo po północy.
Niedziela również była wypełniona różnymi przedsięwzięciami na mieście, więc tak naprawdę dopiero w niedzielny wieczór mogłam na spokojnie przywitać się z domem i odkryć w nim na nowo siebie.

Krótka historia o tym, co Iza odkryła.

a      1. Kiedy człowiek ma do dyspozycji 32 kg w jedną stronę a 20 kg w drugą, musi się ograniczyć do niezbędnych niezbędności. Na wyjeździe posiadałam trzy pary spodni, dwa swetry, jedną koszulę, golf , polar i kilku koszulek. Kiedy więc wróciłam do domu i w niedzielny wieczór otworzyłam szafkę, żeby przygotować ciuchy do pracy, usłyszałam dawno zapomniany głosik „Matkobosko, nie ma co na siebie włożyć!”.  Reakcja była błyskawiczna. Zrobiłam szybką selekcję, spakowałam do torby to, co zakładam nie więcej niż dwa razy do roku, do magicznej torby, z której odsysa się powietrze schowałam letnie ubrania i od razu poczułam się lepiej J
Im mniej ciuchów, tym wyobraźnia ma większe pole do popisu, a mózg czuje się mniej zagrożony natłokiem możliwości.

b     2.  Wyprawa za gramanicę nauczyła mnie minimalizmu, to na pewno. Poza tym miałam okazję nabrać dystansu do bardzo wielu spraw, pogadać sama ze sobą i wsłuchać się w rytm własnego organizmu. Wierzcie mi lub nie, ale wystarczy tydzień regularnego trybu życia (pobudka o 6:30, śniadanie o 7:00, drugie o 9:30, lunch o 12:00, przegrycha o 15:00, obiadokolacja o 18:00, lądowanie w łóżku w okolicach 23:00) i organizm zaczyna działać jak precyzyjna maszynka. Już nie potrzebowałam budzika, żeby o 6:29 leżeć z otwartymi oczami na łóżku. Do tego jeszcze regularne jedzenie oraz wycieczki weekendowe sprawiły, że wróciłam trochę chudsza (moja pupa się cieszy, twarz i miejsce, gdzie kiedyś były piersi – już mniej).

c     3.  Zauważyłam, że z tęsknotą wypatruję na sklepowych półkach pleśniowego sera, jogurtów i soków owocowych, które naprawdę przypadły mi do gustu na wyspie. I słodyczy, mniam mniam… J

d      4. Sądziłam, że jedynym problemem w odnalezieniu się na polskiej ziemi będzie przypomnienie sobie, po której stronie chodnika powinno się iść (na razie tylko raz się pomyliłam, wybierając przystanek tramwajowy nie po tej stronie, co trzeba :D ). A tu się okazało, że największym problemem jest odnalezienie się… we własnej kuchni. Musiałam wytężyć szare komóreczki, żeby sobie przypomnieć, gdzie trzymamy talerze, cebulę i małe łyżeczki. Do tego jeszcze pamięć postanowiła mnie sprawdzić, gdy wpisywałam kod do drzwi wejściowych… Dawno się tak nie napociłam umysłowo, oj dawno… :D


Za 10 minut mam tramwaj do pracy (żegnajcie ciepłe pociągi do Saltaire!), więc życzę miłego dnia!