Z łajby na łajbę, czyli jak się Iza wybrała z Łodzi do Shipley:
Wstałam o 8.00, bez pośpiechu zjadłam śniadanie, mąż odwiózł
mnie pod samo lotnisko, samolot już czekał, więc tylko wsiadłam, wysiadłam w
UK, wsiadłam do taksówki, wysiadłam pod hotelem i z uśmiechem na ustach, że tak
wszystko to szybko i sprawnie przebiegło, ruszyłam na spacer po okolicy… Taaa….
A potem się obudziłam :)
Pobudka w moim przypadku była tuż przed szóstą. Szybka
herbata, ostatnie spojrzenie na zawartość bagażu i ruszyliśmy z kopyta na Łódź
Kaliską. Piotrek i Maciek czekali już na miejscu.
Słit Focia na dzień dobry pod dworcem:
I o 6:47 ruszyyyyliiii… O 9:00 wysiedliśmy z pociągu na
Dworcu Warszawa Centralna, trafiliśmy na otwarcie drzwi do Złotych Tarasów,
więc poszliśmy to o(b)lać i z pustymi pęcherzami ruszyliśmy na postój taksówek.
W oczekiwaniu na taksówkę, mieliśmy niepowtarzalną okazję
polansować się w stolicy:
W międzyczasie przyjechał Pan Waldek, nasz taksówkarz.
Dopiero po trzaśnięciu drzwiami dowiedzieliśmy się, że Pan Waldek będzie jechał
na lotnisko Modlin po raz pierwszy w swoim taksówkarskim życiu, ale mamy się
nie martwić, bo jakby co, zadzwoni do kolegów. Jadąc przez Warszawę,
załapaliśmy się na bardzo subiektywną, ale okraszoną dużą ilością ciekawostek
wycieczkę po mieście. Pan Waldek, z wyglądu przypominającego nieco aktora
Bartosza Opanię, z humorem i naprawdę dużą wiedzą opowiadał o mijanych miejscach.
Niestety, kiedy wyjechaliśmy poza teren zabudowany i zaczęły nas otaczać
jedynie drzewa i mijane samochody, Pan Waldek skupił się na kwestiach komunistycznych,
przekonując nas, że wtedy było najlepiej, a my staraliśmy się nie ciągnąć
tematu.
Oczywiście, jak Pan Waldek przewidział, nie obyło się bez
telefonu do przyjaciela, gdy zjeżdżając z trasy naszły go wątpliwości czy
dobrze jedziemy. Okazało się, że jechaliśmy dobrze, ale o tym przekonaliśmy się
dopiero, gdy wróciliśmy do głównej drogi, Pan Waldek dodzwonił się w końcu do
przyjaciela, przyjaciel nakazał mu zawrócić i kiedy dojechaliśmy do dobrze
znanego nam zjazdu, okazało się, że gdybyśmy byli uprzejmi przeturlać się jeszcze
100 metrów i skręcili w lewo, bylibyśmy na miejscu… :>
I tak oto tuż po
10:00 trafiliśmy na lotnisko Modlin.
Na lotnisku dopiliśmy i dojedliśmy to,
czego i tak musielibyśmy się pozbyć przed odprawą, oddaliśmy nasze bagaże i
przeprawiliśmy się przez różne kontrole (okazało się, że na karcie pokładowej
mam napisane MISTER Izabela W., ale nikt z tego tytułu nie robił mi problemów.
A mówią, że Polacy nietolerancyjni :P ). Na ostatnim etapie naszej drogi, tuż
przed wejściem na pokład samolotu, spotkaliśmy naszą koleżankę Sylwię i w
pełnym składzie oczekiwaliśmy na wpuszczenie nas na pokład. Piotrek zaczął nam
trochę fiksować, ponieważ był to jego pierwszy lot:
O 12:15 wpakowaliśmy się na pokład, zapięliśmy pasy,
obejrzeliśmy gimnastykę synchroniczną w wykonaniu pań z Cabin Crew i o 12:35 byliśmy już w
powietrzu. Był to mój drugi lot w życiu.
Za pierwszym razem była tak paskudna pogoda, że poza chmurami nie było widać
nic. Tym razem aura okazało się być łaskawa, a widoki naprawdę ciekawe (zdjęcia dla zainteresowanych i nielotów wstawię później).
Podróż minęła bardzo szybko i przyjemnie i już o 14:05 czasu
wyspiarskiego wylądowaliśmy na Robin Hood Airport w Doncaster. Tu jedynie pół godziny próbowaliśmy się
znaleźć z panem taksówkarzem, który stał od nas jakieś 50 metrów, a my w tym
czasie odganialiśmy się od Pana Hindusa, który stlasnie słodkim głosem próbował
nas zwabić do swojej bryki. W końcu Piotrek odnalazł wzrokiem samochód z
Shipley. Okazało się, że dla naszej czwórki podstawiono… sedana. Walizki
zostały jakoś upchnięte, jako i my we trójkę upchnęliśmy się na siedzeniu z
tyłu. Maciek z rozpędu chciał usiąść na miejscu taksówkarza, ale się
zreflektował i po 16:00 byliśmy już pod hotelem.
Pan recepcjonista miał mały problem z wymówieniem nazwiska
Piotrka , a że na niego były zarezerwowane trzy pokoje, po kilku próbach zmierzenia
się z prawidłową wymową, ograniczył się jedynie do słów „this gentleman”. Z
moim nazwiskiem, o dziwo, nie było żadnego problemu: „Łięckoska” i już. Dostaliśmy karty, wpakowaliśmy się do windy,
utknęliśmy między piętrami (ach, ten zespół niespokojnych rączek Maćka!), na
szczęście na krótko i ostatecznie przed 17:00 mogliśmy uznać, że nasza podróż
została zakończona.
Nawet udało mi się trafić mniej więcej z godziną na moją
pierwszą herbatkę w Shipley:
W hotelu nie ma Internetu (to znaczy jest, ale nie za darmo)
ani tym bardziej mikrofali, na szczęście w kwestii odgrzania jedzenia poratował nas Baszu
Baszysty, a Internetem podzielił się Paweł Dziamdziak :) Dzięki chłopaki!
Po dniu pełnym wrażeń nadszedł wieczór i gdy wdrapałam się
na łóżko, poczułam, jak schodzi ze mnie ekscytacja podróżą i nowym miejscem.
Przeczytałam dwie strony książki i padłam.
I tak oto minął mi Dzień Mańkuta :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz