wtorek, 14 sierpnia 2012


Z łajby na łajbę, czyli jak się Iza wybrała z Łodzi do Shipley:

Wstałam o 8.00, bez pośpiechu zjadłam śniadanie, mąż odwiózł mnie pod samo lotnisko, samolot już czekał, więc tylko wsiadłam, wysiadłam w UK, wsiadłam do taksówki, wysiadłam pod hotelem i z uśmiechem na ustach, że tak wszystko to szybko i sprawnie przebiegło, ruszyłam na spacer po okolicy… Taaa…. A potem się obudziłam :)

Pobudka w moim przypadku była tuż przed szóstą. Szybka herbata, ostatnie spojrzenie na zawartość bagażu i ruszyliśmy z kopyta na Łódź Kaliską. Piotrek i Maciek czekali już na miejscu.
Słit Focia na dzień dobry pod dworcem:


I o 6:47 ruszyyyyliiii… O 9:00 wysiedliśmy z pociągu na Dworcu Warszawa Centralna, trafiliśmy na otwarcie drzwi do Złotych Tarasów, więc poszliśmy to o(b)lać i z pustymi pęcherzami ruszyliśmy na postój taksówek.
W oczekiwaniu na taksówkę, mieliśmy niepowtarzalną okazję polansować się w stolicy:

W międzyczasie przyjechał Pan Waldek, nasz taksówkarz. Dopiero po trzaśnięciu drzwiami dowiedzieliśmy się, że Pan Waldek będzie jechał na lotnisko Modlin po raz pierwszy w swoim taksówkarskim życiu, ale mamy się nie martwić, bo jakby co, zadzwoni do kolegów. Jadąc przez Warszawę, załapaliśmy się na bardzo subiektywną, ale okraszoną dużą ilością ciekawostek wycieczkę po mieście. Pan Waldek, z wyglądu przypominającego nieco aktora Bartosza Opanię, z humorem i naprawdę dużą wiedzą opowiadał o mijanych miejscach. Niestety, kiedy wyjechaliśmy poza teren zabudowany i zaczęły nas otaczać jedynie drzewa i mijane samochody, Pan Waldek skupił się na kwestiach komunistycznych, przekonując nas, że wtedy było najlepiej, a my staraliśmy się nie ciągnąć tematu.
Oczywiście, jak Pan Waldek przewidział, nie obyło się bez telefonu do przyjaciela, gdy zjeżdżając z trasy naszły go wątpliwości czy dobrze jedziemy. Okazało się, że jechaliśmy dobrze, ale o tym przekonaliśmy się dopiero, gdy wróciliśmy do głównej drogi,  Pan Waldek dodzwonił się w końcu do przyjaciela, przyjaciel nakazał mu zawrócić i kiedy dojechaliśmy do dobrze znanego nam zjazdu, okazało się, że gdybyśmy byli uprzejmi przeturlać się jeszcze 100 metrów i skręcili w lewo, bylibyśmy na miejscu… :>
 I tak oto tuż po 10:00 trafiliśmy na lotnisko Modlin.


Na lotnisku dopiliśmy i dojedliśmy to, czego i tak musielibyśmy się pozbyć przed odprawą, oddaliśmy nasze bagaże i przeprawiliśmy się przez różne kontrole (okazało się, że na karcie pokładowej mam napisane MISTER Izabela W., ale nikt z tego tytułu nie robił mi problemów. A mówią, że Polacy nietolerancyjni :P ). Na ostatnim etapie naszej drogi, tuż przed wejściem na pokład samolotu, spotkaliśmy naszą koleżankę Sylwię i w pełnym składzie oczekiwaliśmy na wpuszczenie nas na pokład. Piotrek zaczął nam trochę fiksować, ponieważ był to jego pierwszy lot:

O 12:15 wpakowaliśmy się na pokład, zapięliśmy pasy, obejrzeliśmy gimnastykę synchroniczną w wykonaniu  pań z Cabin Crew i o 12:35 byliśmy już w powietrzu.  Był to mój drugi lot w życiu. Za pierwszym razem była tak paskudna pogoda, że poza chmurami nie było widać nic. Tym razem aura okazało się być łaskawa, a widoki naprawdę ciekawe (zdjęcia dla zainteresowanych i nielotów wstawię później).
Podróż minęła bardzo szybko i przyjemnie i już o 14:05 czasu wyspiarskiego wylądowaliśmy na Robin Hood Airport w Doncaster.  Tu jedynie pół godziny próbowaliśmy się znaleźć z panem taksówkarzem, który stał od nas jakieś 50 metrów, a my w tym czasie odganialiśmy się od Pana Hindusa, który stlasnie słodkim głosem próbował nas zwabić do swojej bryki. W końcu Piotrek odnalazł wzrokiem samochód z Shipley. Okazało się, że dla naszej czwórki podstawiono… sedana. Walizki zostały jakoś upchnięte, jako i my we trójkę upchnęliśmy się na siedzeniu z tyłu. Maciek z rozpędu chciał usiąść na miejscu taksówkarza, ale się zreflektował i po 16:00 byliśmy już pod hotelem. 

Pan recepcjonista miał mały problem z wymówieniem nazwiska Piotrka , a że na niego były zarezerwowane trzy pokoje, po kilku próbach zmierzenia się z prawidłową wymową, ograniczył się jedynie do słów „this gentleman”. Z moim nazwiskiem, o dziwo, nie było żadnego problemu: „Łięckoska” i już.  Dostaliśmy karty, wpakowaliśmy się do windy, utknęliśmy między piętrami (ach, ten zespół niespokojnych rączek Maćka!), na szczęście na krótko i ostatecznie przed 17:00 mogliśmy uznać, że nasza podróż została zakończona.
Nawet udało mi się trafić mniej więcej z godziną na moją pierwszą herbatkę w Shipley:
W hotelu nie ma Internetu (to znaczy jest, ale nie za darmo) ani tym bardziej mikrofali, na szczęście w kwestii  odgrzania jedzenia poratował nas Baszu Baszysty, a Internetem podzielił się Paweł Dziamdziak :) Dzięki chłopaki! 

Po dniu pełnym wrażeń nadszedł wieczór i gdy wdrapałam się na łóżko, poczułam, jak schodzi ze mnie ekscytacja podróżą i nowym miejscem. Przeczytałam dwie strony książki i padłam. 

I tak oto minął mi Dzień Mańkuta :) 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz