czwartek, 23 sierpnia 2012

Left side, czyli Spanish Inquisition w drogowym wydaniu.




Czy można już pierwszego dnia, kilka godzin po wylądowaniu na angielskiej ziemi, otrzeć się o śmierć? Można. Testerem tej hipotezy został Maciek, gdy zostawiliśmy rzeczy w hotelu i postanowiliśmy zwiedzić okolicę. Przechodziliśmy przez małą uliczkę, kiedy z lewej strony, zza rogu wyłonił się niespodziewanie samochód terenowy (w zasadzie TARANOWY), a Maciek był właśnie w trakcie przechodzenia przez drugą połowę uliczki. Samochód zwolnił, Maciek się zawahał i też zwolnił, po czym święcie przekonany, że samochód go przepuszcza, ruszył dalej. I został „kulturalnie” przepchnięty przez samochód z jakiś metr. Dostał opierdziel i babeczka kierująca pojazdem odjechała. Oczywiście, w naszych polskich głowach,  nie w tym kierunku co trzeba.

Pomijam fakt, że przejścia dla pieszych to istna szkoła przetrwania. Często nie ma sygnalizacji dla pieszych, a jeśli już jest, człowiek spędza wieczność na czekaniu na „zielone”, dlatego na porządku dziennym jest przechodzenie na „przyczajonego tygrysa”. Na początku wychodziło mi bardziej „wejście ćwoka”, bo oczywiście najpierw spoglądałam w lewo, ucieszona, że nic nie jedzie dokonywałam ataku na przejście i szybko wracałam, bo ktoś pojawiał się „nie z tej strony, co trzeba”.
Od tamtej pory zaczęłam wręcz na głos powtarzać sobie niczym mantrę: „najpierw prawo, potem lewo”.  W Blackpool mogłam odetchnąć, bo ktoś chyba specjalnie dla takiego człowieka jak ja umieścił na każdym przejściu coś takiego:






Skoro już o drodze mowa, nie może zabraknąć typowych dla Anglii pojazdów:


typowych taksówek...

...typowego autobusu...
 ...i… nietypowego tramwaju.

 Nawet nie wiedziałam, że takie istnieją… 

Ruch na ścieżkach rowerowych, jak się słusznie domyślacie, też jest lewostronny, tak  samo na chodnikach i ścieżkach dla pieszych. Niestety, tego ostatniego zwyczaju jeszcze nie ogarnęłam i do tej pory zderzam się z „ingliszmanami” w pracy, na trasie do kuchni/łazienki.  

Skoro mowa o left side i polskich głowach to od razu przychodzi mi na myśl: Wrong Side of the Street 

A, właśnie. Niedługo spróbujemy wynająć samochód i pozwiedzać Yorkshire i okolice (a jest co!), więc dam znać, jak polskie głowy radzą sobie na angielskich drogach. Jeden kolega ma już chrzest bojowy za sobą i żyje, więc powinno nam się udać. Powinno… :)



2 komentarze:

  1. Tylko nie prowadź sama hihihi:) grabi

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętajcie przede wszystkim, by na rondo z dobrej strony wjechać :) podobno z tą "przeszkodą terenową" mają największe problemy nieprzyzwyczajeni do jazdy w Anglii.kami

    OdpowiedzUsuń