poniedziałek, 3 września 2012

Ilkley Moor





Po intensywnie spędzonej sobocie, mój niedzielny poranek zaczął się w okolicach 11:00, kiedy słońce zaczęło się dobijać do okna. Dzień zapowiadał się naprawdę obiecująco, więc po krótkiej naradzie z chłopakami przez Skype i ocenie swoich sił, postanowiliśmy  wybrać się do Shipley i leniwie spędzić niedzielne popołudnie, racząc się piwkiem w otoczeniu pagórków i wrzosowisk.
O 14:34 wsiedliśmy w pociąg, wysiedliśmy po kwadransie i ruszyliśmy pod górkę. Słońce nie żałowało promieni. Już pół godziny później została zarządzona przerwa na „pyfko”, co by potem lepiej się szło. 

I szli i szli, i szli…

 I popołudniowy, leniwy spacer zamienił się w czterogodzinną wyprawę przez trawy, błoto, pagórki i wrzosy. Chyba każde z nas przynajmniej raz zaliczyło bliskie spotkanie z błotnistą kałużą. Co chwilę przez drogę przebiegały zające albo startowały z wysokich traw kuropatwy.  Oczywiście, nie mogło zabraknąć wszechobecnych owiec :)
 
Z Shipley trafiliśmy do oddalonej o 10 mil mieściny zwanej Ilkley.  Styrani, ale i zadowoleni z wędrówki, wróciliśmy pociągiem do Leeds.


























To był naprawdę dobrze spędzony czas.



P.S. Angielskie powietrze wpłynęło i na moją polską mowę… 

Idąc przez kolejną górkę, natrafiliśmy na kamienny murek, który ciągnął się aż po horyzont. Od razu skojarzył mi się ze słynną budowlą, więc postanowiłam tym skojarzeniem podzielić z resztą:
- Wygląda jak Chór Miński!
… 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz