Po intensywnie spędzonej sobocie, mój niedzielny poranek
zaczął się w okolicach 11:00, kiedy słońce zaczęło się dobijać do okna. Dzień
zapowiadał się naprawdę obiecująco, więc po krótkiej naradzie z chłopakami
przez Skype i ocenie swoich sił, postanowiliśmy
wybrać się do Shipley i leniwie spędzić niedzielne popołudnie, racząc
się piwkiem w otoczeniu pagórków i wrzosowisk.
O 14:34 wsiedliśmy w pociąg, wysiedliśmy po kwadransie i
ruszyliśmy pod górkę. Słońce nie żałowało promieni. Już pół godziny później została
zarządzona przerwa na „pyfko”, co by potem lepiej się szło.
I szli i szli, i szli…
I popołudniowy,
leniwy spacer zamienił się w czterogodzinną wyprawę przez trawy, błoto, pagórki
i wrzosy. Chyba każde z nas przynajmniej raz zaliczyło bliskie spotkanie z
błotnistą kałużą. Co chwilę przez drogę przebiegały zające albo startowały z
wysokich traw kuropatwy. Oczywiście, nie
mogło zabraknąć wszechobecnych owiec :)
Z Shipley trafiliśmy do oddalonej o 10 mil mieściny zwanej
Ilkley. Styrani, ale i zadowoleni z
wędrówki, wróciliśmy pociągiem do Leeds.
To był naprawdę dobrze spędzony czas.
P.S. Angielskie powietrze wpłynęło i na moją polską mowę…
Idąc przez kolejną górkę, natrafiliśmy na kamienny murek,
który ciągnął się aż po horyzont. Od razu skojarzył mi się ze słynną budowlą,
więc postanowiłam tym skojarzeniem podzielić z resztą:
- Wygląda jak Chór Miński!
…




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz