czwartek, 6 września 2012

Dżizas Krajzys...

Jestem sobie na wysepce
Tu podrepcę, tam podrepcę.
Jest zielono, sielsko, pięknie,
lecz z tęsknoty serce pęknie... 


Ten tydzień zdecydowanie nie należał do najłatwiejszych. Może to efekt jesiennej aury na wyspie, może swoistej monotonii w pracy... Nie wiem, ale mój umysł już dawno nie był tak ociężały, powolny i mało "kumaty"... Dopiero dzisiaj zrozumiałam, co czytam, a czytam to od poniedziałku. Od czterech tygodni robię dokładnie to samo i chyba odczuwam zmęczenie materiału.
 W dodatku chyba nigdy nie byłam tyle czasu poza domem, a na pewno poza krajem. Zaczynam odczuwać brak bliskich... Wiem, że już za dwa tygodnie wpadnę na weekend do Polski, ale miesiąc bez najbliższych to jednak spore wyzwanie. Zwłaszcza w tygodniu, gdy godziny pracy ciągną się w nieskończoność...

Z drugiej strony, takie wyjazdy sprawiają, że człowiek ma okazję poznać bliżej swoich kolegów z pracy, spędzić z nimi czas inaczej, niż tylko pracując ku chwale firmy. Ludzie przestają być testerami, czy deweloperami - zaczynają nabierać ludzkich kształtów, wypełniają formę swoimi historiami, emocjami, doświadczeniami, problemami... Stają się takimi  "kolegami naprawdę".

Nie zmienia to jednak faktu, że tęsknię. I być może jednak przez tęsknotę, a nie aurę to moje rozkojarzenie i samopoczucie...
Dzisiaj rano, na przykład, zasiałam panikę w pociągu, kiedy przyszła pani na kontrolę biletów. Z uśmiechem sięgnęłam do tylnej kieszeni spodni i uśmiech czmychnął czym prędzej, gdy ręka nie znalazła biletu. Sprawdziłam kieszenie i zaczęłam grzebać w plecaku, a im bardziej grzebałam, tym bardziej biletu w nim nie było... Pani w tym czasie stała ze stoickim spokojem i uśmiechem, by po chwili powiedzieć, że ona pójdzie dalej i za chwilę do mnie wróci. Przerażona nie na żarty, że zgubiłam bilet, jeszcze raz postanowiłam przegrzebać plecak, urywając przy tym suwak od zamka w plecaku. W całym tym ferworze poszukiwań przypadkiem klepnęłam ręką w spodnie, w miejscu, gdzie mam przednią kieszeń i... nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. No pewnie, że bilet w niej był. Po prostu pierwszy raz wsadziłam go do przedniej kieszeni, stąd nie skupiłam się na dokładnych oględzinach zawartości moich spodni... Ech.

Na szczęście dla mojej psychiki, dzisiejszy dzień przygotował dla mnie bardzo piękny akcent przed zachodem słońca :




A tu chmurka, która czekała na mnie obok mojego apartamentowca i od razu skojarzyła mi się z tym:



 Niech mnie ktoś przytuli...










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz