środa, 24 października 2012

“Sorry seems to be the hardest word”…




  
…ale nie dla Anglików! “Sorry” to najczęściej słyszane przeze mnie tutaj słówko, prawie tak samo często jak “Cheers” (nie, nie robimy codziennie zakrapianych spotkań, Mężu, aj pramys :P) i „Thank you” (czasem „ta” – coś, jak nasze „dzięki” ;-) ) Anglicy przepraszają wszystkich za wszystko. Sama złapałam się ostatnio na tym, że przepraszam kogoś za to, że wpadł na mnie na dworcu albo najechał wózkiem w sklepie. Tak na wszelki wypadek. Być może Brytyjczycy też.

Na północy wyspy, mieszkańcy wydają się być bardzo przyjacielscy i życzliwi. W Londynie natomiast czułam się jak na polskiej ulicy, gdzie potrącanie się torbami jest raczej czymś „normalnym”. Żadnego tam "przepraszam", no bo bez przesady, nie ma czasu.  Klimat wielkiego miasta – pośpiech, pośpiech, pośpiech… 

Do końca mojej przygody z Anglią zostało dziewięć dni. Podtrzymajmy jeszcze ten klimat wyciszenia, zwolnionego tempa i relaksu…:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz