Kolega Paweł (a mówiłam, żeby go nie zabierać ze sobą! :P ) zaproponował relaksacyjny spacerek po okolicy i zdobycie pobliskiego szczytu, bo trasa krótka, łatwa i przyjemna. Jak relaksik, to relaksik.
Whernside- najwyższy szczyt w Yorkshire Dales,736m (2,415 feet), cel naszego relaksacyjnego spaceru.
Oczywiście, już na samym początku źle skręciliśmy i zamiast piąć się w górę, ciągle szliśmy równolegle do szczytu. I szli i szli i szli... aż trafili na posiadłość jakiegoś starszego pana. Pan zagaił, zapytał, skąd jesteśmy i wytłumaczył, jak trafić z powrotem na szlak.
Korzystając z okazji, ciekawostka: nie wiem, czy już wspominałam, ale w Anglii większość ścieżek i tras turystycznych wiedzie przez czyjeś pola, domostwa i posiadłości. Po prostu otwierasz sobie furtkę i hasasz pomiędzy owcami Pana Właściciela. Pamiętacie zdjęcie klifu z wczoraj? Tam też musieliśmy dotrzeć przez czyjeś pole.
Woda dla spragnionych tuż przy profesjonalnie oznakowanym szlaku ;)
Relaks relaksem, ale jakoś na górę wdrapać się trzeba...
W tle Ingleborough, drugi co do wyskości szczyt w Yorkshire Dales
Kiedy już znalazłam płuca, mogłam na pełnym relaksie delektować się pogodą i widokami.
Dawno już się tak nie "zrelaksowałam"... :) Było naprawdę świetnie! I ta pogoda... Jakby Anglicy oszczędzali światło słoneczne w ciągu tygodnia specjalnie na weekend - ani jednej kropelki z nieba.
Po całej wyprawie wstąpiłam na "sikundę" do baru Station Inn tuż przy wiadukcie
...i kolejny raz spotkałam się z takim oto obrazkiem:
Kran do ciepłej i do zimnej wody. Wersji letniej nie ma, chyba że odkręci się oba kurki i będzie się szybko machało łapkami.
Kolejny weekend uważam za udany! Nawet bardzo! Według obliczeń naszego mądrego auta wyszło, że przez weekend przejechaliśmy prawie 1000 kilometrów. Hohoho!










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz