czwartek, 11 października 2012

Walia

Co za miłe zaskoczenie! Przez cały weekend towarzyszyło nam pełne słońce! Z tego faktu na pewno ucieszyli się ci, którym przepowiadano bliskie spotkanie z hektolitrami wody. 

Udało nam się zrobić całkiem niezłą trasę i zobaczyć tak piękne miejsca, że ani słowa, ani tym bardziej zdjęcia nie oddadzą ich uroku i magii. Ale popatrzeć zawsze można ;)



Nasza przygoda z ziemią walijską rozpoczęła się w Llanberis, skąd oldschool`ową ciuchcią wjechaliśmy na szczyt Snowdon.






 W Walii można poczuć się trochę jak u nas na Kaszubach – praktycznie wszędzie spotyka się podwójne nazwy miast, budynków, urzędów, foldery informacyjne po angielsku i walijsku…



 Nasza ciuchcia







Im bliżej szczytu, tym gorsza, niestety, robiła się widoczność. Ostatecznie, mieliśmy takie widoki:


Po powrocie ze szczytu (oczywiście, że kolejką, a jakże! ), skusiliśmy się na tutejszy przysmak, tak zwany "Oggie" (ogi), czyli pieróg z ciasta francuskiego, wypełniony ziemniakami, mięsem mielonym w pysznym sosie, z cebulą i porem:

A na deser....

czyli owcze "upsss..." :)


A potem widzieliśmy taaakieee miejsca, że o rety!

CAERNARFON



 (Po kilku latach posiadania telefonu z aparatem, dopiero na wyspie odkryłam funkcję
 "zdjęcie panoramiczne"... )

Akcent polski w walijskiej zatoce

BEAUMARIS






I NASZA WISIENKA NA TORCIE, 
CZYLI HOLY ISLAND









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz