Co za miłe zaskoczenie! Przez cały weekend towarzyszyło nam pełne
słońce! Z tego faktu na pewno ucieszyli się ci, którym przepowiadano bliskie
spotkanie z hektolitrami wody.
Udało nam się zrobić całkiem niezłą trasę i zobaczyć tak piękne miejsca, że ani słowa, ani tym bardziej zdjęcia nie oddadzą ich uroku i magii. Ale popatrzeć zawsze można ;)
Nasza przygoda z ziemią walijską rozpoczęła się w Llanberis,
skąd oldschool`ową ciuchcią wjechaliśmy na szczyt Snowdon.
W Walii można poczuć się trochę jak u nas na Kaszubach – praktycznie wszędzie spotyka się podwójne nazwy miast, budynków, urzędów, foldery informacyjne po angielsku i walijsku…
Nasza ciuchcia
Po powrocie ze szczytu (oczywiście, że kolejką, a jakże! ), skusiliśmy się na tutejszy przysmak, tak zwany "Oggie" (ogi), czyli pieróg z ciasta francuskiego, wypełniony ziemniakami, mięsem mielonym w pysznym sosie, z cebulą i porem:
A na deser....
czyli owcze "upsss..." :)
A potem widzieliśmy taaakieee miejsca, że o rety!
CAERNARFON
(Po kilku latach posiadania telefonu z aparatem, dopiero na wyspie odkryłam funkcję
"zdjęcie panoramiczne"... )
Akcent polski w walijskiej zatoce
BEAUMARIS
I NASZA WISIENKA NA TORCIE,
CZYLI HOLY ISLAND



















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz