Uwielbiam, ba! kocham wręcz angielski humor!
W zasadzie, obserwując życie wyspiarzy i to, co ich otacza,
nie mam najmniejszych wątpliwości, skąd u nich takie, a nie inne poczucie
humoru. Na „poważnie” nie dałoby się tego ogarnąć – wszechobecny i zaskakujący
deszcz z wiatrem, mdłe i tłuste jedzenie, herbata z mlekiem przegryzana kanapkami z
ogórkiem… Nic tylko siąść i płakać.
A Anglicy jednak nie usiedli i nie zapłakali nad swoim
losem, tylko wyrobili w sobie cudowny dystans do wszystkiego. Absurd, ironia, dowcipy
sytuacyjne, dwuznaczności i niedopowiedzenia – tak można mniej więcej określić
kwintesencję angielskiego poczucia humoru.
Benny Hill, Monty Python czy Mr. Bean byli częstymi gośćmi w
naszym rodzinnym „salonie”, gdy
zasiadaliśmy do wspólnego posiłku albo spędzaliśmy leniwe popołudnie przed
telewizorem. Kiedy byłam mała,
najbardziej docierał do mnie Benek i Jaś i chyba właśnie dzięki nim odkryłam
magię dowcipów sytuacyjnych.
Żarciki i delikatneuszczypliwości przychodzą Anglikom z taką łatwością, że
czasem aż im zazdroszczę. Są mistrzami niedopowiedzeń i świetnie dobranych słów
do okoliczności. Bardzo mi się podobała
opowieść kolegi, gdy wracał pociągiem z pracy i nagle pociąg stanął w szczerym
polu. I tak sobie stał z pół godziny, po czym ruszył. Nagle pojawił się
konduktor i powiedział: „Mieliśmy mały problem techniczny, ale wszystko jest OK.
Staliśmy krótko, więc i przeprosiny będą krótkie. Sorry”. I poszedł :)
Z własnych doświadczeń mogę Wam przytoczyć historię z
podróży do Londynu, gdy o 7:15 wsiedliśmy do autokaru, autokar ruszył, a
kierowca sympatycznym głosem powitał zaspanych podróżnych tekstem: „Dzień dobry
wszystkim. Witam w autokarze do Manchesteru, będziemy na miejscu za godzinę.” W
autokarze zapadła cisza, a na twarzach pasażerów pojawiła się lekka niepewność
(na mojej, jako znanej pierdoły, trochę
większa :D), po czym padło słynne „Just kidding” i dało się usłyszeć zbiorowe
odetchnięcie z ulgą.
W biurze klienta co chwilę można usłyszeć chichot albo
zabarwione humorem teksty. Ostatnio mój sprzęt postanowił mi nieco podokuczać i
co chwilę się resetował. Na ratunek przybył tutejszy programista. Usiadł i co
chwilę rzucał jakimiś złośliwościami w stronę sprzętu typu: „Boshhh, jesteś tak
szybki jak sparaliżowany ślimak… „ :-)
Czasami mam wrażenie, że w jednym z poprzednich wcieleń
musiałam być mieszkanką wyspy, bo czuję się tutaj niezwykle dobrze i
bezpiecznie, a humor angielski jest mi tak bliski, że często pozwalam sobie na dowcipkowanie
z tubylcami, pomimo ograniczonego zasobu słownictwa ;)
Oczywiście, nie wszystko mnie śmieszy. Czasami, gdy oglądam
telewizję, zwłaszcza brytyjskie reklamy, muszę się głęboko zastanowić, czy to,
co zobaczyłam, miało być zabawne i co autor miał na myśli, bo poziom absurdu
przerasta moje możliwości.
Z przyjemnością za to oglądam Top Gear w oryginale.
Zdecydowanie lepiej ogląda mi się ten program bez polskiego lektora, gdzie nie
zawsze wszystko można przetłumaczyć i oddać klimat sytuacji. A do tego jeszcze
często przewijają się ujęcia miejsc czy ulic, które widziałam na własne oczy i
zupełnie inaczej odbieram przekazywane mi treści.
A skoro mowa o angielskim humorze, podsyłam Wam tutaj zawsze rozbrajający mnie skecz :)
Jeśli Was nie rozśmieszy, nie martwcie się. Nie każdy musi mieć "skill`a" :)
ja tez lubie angielski humor ....albo angielskie komedie ;)tysiac razy ogladalam Absolutely Fabulous czy Keeping Up Appearances ...poprawiaja mi humor jak mam dolek :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam cieplutko :)