poniedziałek, 20 sierpnia 2012

BLACKPOOL

Jak spędzić wolną sobotę? Może obudzić się o 4:50, zebrać się w sobie, wsiąść do pociągu byle jakiego i wylądować nad Morzem Irlandzkim? Czemu nie!
Razem z sześcioma kolegami postanowiliśmy zobaczyć morze i spędzić dzień w Pleasure Beach, całkiem sporym wesołym miasteczku tuż przy plaży.
Najpierw musieliśmy się dostać na naszą małą stacyjkę w Shipley i dojechać do Leeds (jakieś 15 minut przejażdżki), skąd o 6:51 był bezpośredni pociąg do Blackpool North, celu naszej wyprawy. Bilety kupiliśmy dzień wcześniej w kasie, ale można też kupić bilety w specjalnym automacie. Bileciki wyglądają jak papierowe karty kredytowe, z magnetycznym paskiem z tyłu, który niezbędny jest przy przechodzeniu przez bramki na większych dworcach (przy wejściu i przy wyjściu z dworca). Kto mieszka w Warszawie lub jeździł metrem, ten wie, na jakiej zasadzie takie bramki działają – połykają bilet, by za chwilę go wypluć (chyba, że to wyjście z dworca, to tylko pożerają) i pozwolić na przejście. Nasza stacyjka w Shipley pozbawiona była takich bramek ze względu na swoją maleńkość, za to dworzec w Leeds takie bramki już posiadał i był całkiem spory. Szukając odpowiedniego peronu w Leeds, zaciekawiło mnie to, że przy jednym torze widniały różne oznaczenia, np. 13c, 12b, 16a… Wyglądało na to, że peron był wystarczająco długi, by tor podzielić na kilka „podtorów”  i by w zależności od wysokości zatrzymywania się pociągu, przypisać na tablicy informacyjnej odpowiednie oznaczenie. Zastanawiający był też… brak (a na pewno moooocno ograniczona ilość) koszy na śmieci. Na tym długim peronie zauważyłam może jeden worek foliowy przypięty do ściany. (Moje zdziwienie poszło w niepamięć, gdy sobie przypomniałam stosunek Anglików do śmieci, ale o tym później).
W pociągu, który przypominał nieco nasz nowy, łódzko-warszawski, z wygodnymi (Ha. Ha. Ha…) siedzeniami, znalazł się może jeden kosz na cały wagon. W trakcie podróży wyjaśniło się, dlaczego – po prostu konduktor, poza sprzedażą i sporadycznym sprawdzaniem biletów, miał także inne, ważne zajęcie. Przechadzał się między wagonami z ogromnym workiem na śmieci i krzyczał: „Rubbish! Thank you! Rubbish! Rubbish, thank you!” .
A, i jeszcze coś, bardzo istotnego dla kobiety ze słabym pęcherzem: toaleta. Drzwi jak od windy, otwierane i zamykane przyciskami jak od windy, które wydawały z siebie dźwięki jak śluzy w filmowych statkach kosmicznych… I kibelek… z normalną spłuczką i nawet toilet duck`iem… Coraz ciekawiejsze, jakby to powiedziała Alicja w Krainie Czarów.
 Po dwóch godzinach podróży byliśmy już na miejscu i mimo zachmurzonego nieba ruszyliśmy od razu na plażę, do której było może 400 metrów od dworca.
I to się nazywa być nad morzem! Jedna, ogromna ulica ciągnąca się wzdłuż wybrzeża, z hotelami i restauracjami po jednej stronie i zejściem na plażę po drugiej. U nas najczęściej trzeba najpierw pokonać ścieżkę przez jakiś las. Tu nie ma takiego  problemu, bo… nie ma drzew ;) Do tego molo wcinające się w morze co kilkaset metrów (a może morze wcinające się w molo…) Co ja piszę… MOLO, nie molo! Każde wielgachne, z jakimś mini parkiem rozrywki lub innymi atrakcjami na górze.

No i morze… Magiczne Morze Irlandzkie. Byłam już nad morzem kilka razy w swoim życiu, ale po raz pierwszy miałam okazję przekonać się, jak tak  NAPRAWDĘ  wygląda przypływ i odpływ. Dla przykładu: zeszliśmy ze schodków na piasek, żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z morzem. Znaleźliśmy sobie nawet fajny cypelek, zrobiliśmy zdjęcia, ruszyliśmy w stronę wesołego miasteczka, a po niecałej minucie naszego cypelka już nie było…


 Widzicie chłopaków na cypelku za mną?

 
To właśnie był ten cypelek...



Beach Patrol




Po drodze zatrzymaliśmy się w Tommy Duck`s na śniadanie, gdzie poza solą i pieprzem, na stołach można było znaleźć ketchup, majonez, musztardę i cały arsenał sosów (tu chyba byli świadomi tego, że jedzenie angielskie dla obcokrajowców jest często… bez smaku). Przy każdym stoliku stały krzesła, każde z innej parafii, a w tle rozbrzmiewała muzyka z lat osiemdziesiątych. Największe wrażenie zrobiła jednak na mnie wykładzina, po której chodziło się jak po gąbce.

 

Zestaw "podstawowych" przypraw

W barze doszło do naturalnego podziału grupy na dwie podgrupki i ci, co na śniadanie wzięli sobie tylko „zupę chmielową” lub nie brali nic, ruszyli wcześniej na podbój wesołego miasteczka. Ja byłam w tej właśnie grupie i już od 10:30 buszowaliśmy po Pleasure Beach. Spędziliśmy tam prawie osiem godzin. Pewnie sobie myślicie, że przez tyle czasu zdążyliśmy się najeździć za wszystkie czasy… Taa… Naszym pierwszym celem była główna atrakcja wesołego miasteczka, czyli kolejka zwana The Big One. Żeby przez może dwie minuty zaznać emocji z adrenaliną w roli głównej, staliśmy w kolejce – uwaga, uwaga – ponad godzinę… Przyznam, że warto było i przejechałabym się jeszcze raz, ale, niestety, po przejażdżce trzeba było wysiąść i pójść na koniec kolejki. Zrezygnowaliśmy.
 Okazało się, że właśnie razem z nami w wagoniku jechał pewien  starszy pan z USA, Richard Rodriquez, który postanowił pobić rekord  świata w codziennej jeździe na kolejce górskiej (obecny to 103 dni). Trafiliśmy na jego 80-ty dzień jazdy… Gość wyglądał już na mocno znudzonego przejażdżkami i jego głównym zajęciem było skubanie małego palca u ręki. Nie dziwię mu się, bo prawdopodobnie każdego dnia spędzał na tej kolejce kilka, jeśli nie kilkanaście godzin (i to już od czerwca!). Przy nas może tylko raz wysiadł na wizytę w toalecie.

Generalnie nasza przygoda z wesołym miasteczkiem wyglądała następująco: godzina w kolejce – kilka sekund lub kilka minut rozrywki – następna godzina w kolejce… i tak dalej. Druga grupka wycwaniła się i dokupiła do biletów opcję VIP, dzięki której ich czas oczekiwania na skorzystanie z atrakcji trwał maksymalnie 30 minut, ale w ostatecznym rozrachunku skorzystali niewiele więcej od nas, szaraczków ;)
Nie wiem, czy to starość, czy większa tolerancja poziomu adrenaliny, ale tak naprawdę tylko na dwóch lub trzech urządzeniach naprawdę odczułam silne emocje i ekscytację. W większości przypadków czułam się trochę jak Jaś Fasola na kolejce górskiej.

W międzyczasie przejaśniło się i kilka chwil później słońce zaczęło mocno przygrzewać. Około 18:00 poczuliśmy zmęczenie i postanowiliśmy zakończyć naszą przygodę z Pleasure Beach. Ruszyliśmy nad morze, ale tym razem musieliśmy pokonać z dobre pół kilometra, żeby zobaczyć wodę. Magia Morza Irlandzkiego zaczęła działać.


Chłopcy musieli co chwilę przystawać, żeby na mnie zaczekać, gdy ja w tym czasie radośnie wygrzebywałam z piasku coraz to ciekawsze skarby. Nasze muszelki mogą się, niestety, tylko schować pod piasek… Te kształty, kolory gramatury… normalnie ach i och :) Jestem dzieckiem gór, ale pierwszy raz od niepamiętnych czasów miałam taką frajdę z przebywania nad morzem i jak mała dziewczynka cieszyłam się z każdej zdobyczy.


 Prawda, że artystyczne zdjęcie? Zgadnijcie, co na nim jest... :D

W drodze na dworzec zahaczyliśmy o Poundland (coś jak nasze „wszystko po 4 złote”, tylko, że tu naprawdę WSZYSTKO kosztowało funta), obkupiliśmy się w niezbędne rzeczy i po 23:00 byłam już w hotelowym pokoju.Przez całą drogę powrotną pociągiem, gdy wagon zmieniał kąt nachylenia do podłoża, ja w panice łapałam krzesło przede mną i kurczowo się trzymałam, mając wrażenie, że zaraz rozpędzimy się jak na kolejce i runiemy w dół... :)
To był dzień pełen pozytywnych doznań i takich właśnie, w każdej ilości Wam i sobie życzę!



5 komentarzy:

  1. Ale Ci zazdroszczę tej Anglii:) Kami

    OdpowiedzUsuń
  2. Sama sobie zazdroszczę i do tej pory nie mogę uwierzyć, że tu jestem! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Masz fajnie, fakt,ale w Biskupinie było WPO, masz czego żałować grabi

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiem, wiem, Biskupin jest na mojej liście miejsc do zobaczenia (zaraz po Anglii, Irlandii, Szkocji i Nowej Zelandii) :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Chyba jednak z Biskupinem łatwiej pójdzie :) kami

    OdpowiedzUsuń