sobota, 15 września 2012

Jedzenie




 No dobrze. Siedzę tu już ponad miesiąc, więc wypadałoby coś powiedzieć o angielskim jedzeniu.
Okazuje się jednak, że wcale nie tak łatwo jest się załapać na „tradycyjny” brytyjski posiłek.
W sumie to nawet się nie dziwię, że na stołówce w pracy króluje kuchnia indyjska czy włoska… To, co proponuje kuchnia brytyjska jest często… bez smaku. Naprawdę. Któregoś dnia, gdy walczyłam na talerzu z czym podobnym zupełnie do niczego, aż z rozrzewnieniem przypomniałam sobie sławetnego omleta w wykonaniu mojego męża, z wyrazistym posmakiem soli :) Na szczęście, są też perełki smakowe, które podbiły moje podniebienie, w tym brytyjskie desery i słodkości, więc w ogólnym rozrachunku nie wygląda to tak źle.

Po kolei jednak.

Full English Breakfast

Zrobiłam w biurze klienta sondę na temat najważniejszego posiłku dnia. Większość tylko się uśmiechała i kręciła głową, że takie śniadanie jest dla nich „too fatty” i że mało kto zjada jego pełną wersję, również ze względu na brak czasu. A kto jeszcze nie wie, co sobie Anglicy serwują na śniadanie, tych oświecam:
kiełbasa,
fasola,
bekon,
jajka,
chleb tostowy (często smażony dodatkowo w tłuszczu po bekonie…)
pomidor
pieczarki

 from : http://italychronicles.com

Pyszności, nie ma co…

 Śmiać mi się chciało, bo słuchając przed wyjściem do pracy stacji BBC1, trafiłam na program, w którym bawiono się w zabawę typu „prawda czy wyzwanie” i okazało się, że jednym z wyzwań jest… zjedzenie typowego angielskiego śniadania (było to podobno „najstraszniejsze wyzwanie” w zestawie).

Dopiero podczas wycieczki na wschodnie wybrzeże miałam po raz pierwszy okazję ujrzeć typowe angielskie śniadanie na talerzu u pana siedzącego obok mnie w restauracji. 

Nie jadłam jeszcze takiego śniadania, ale nie ukrywam, że z czystej ciekawości kiedyś się na nie skuszę. Na razie ograniczam się do eksperymentów z chlebem tostowym (niestety, „normalnego” chleba tutaj nie ma…).

Elevenses

Można powiedzieć, że to takie nasze „drugie śniadanie” w okolicach godziny 11:00. W biurze wygląda to tak, że pani ze stołówki wjeżdża z ogromnym wózkiem wypchanym różnościami i krzyczy „Trolley!”. To znak, że czas coś przekąsić. Najczęściej o tej porze idą w ruch kanapeczki i… chipsy.

Lunch

Anglicy ruszają na lunch najczęściej około 13:00, my jednak upodobaliśmy sobie samo południe, kiedy nie ma jeszcze zbyt dużego ruchu na stołówce. Tu właśnie poznaję tajniki kuchni brytyjskiej i czasami wydaje mi się, że Anglicy jedzą za karę…

Przeczytałam, że taki, a nie inny poziom jedzenia w Anglii to efekt obu wojen światowych, gdy były problemy z racjami żywnościowymi i jakoś tak zostało… Hm, ciekawa teoria... Ja wychodzę z założenia, że Brytyjczycy są po prostu TAK uprzejmi, że nie chcą narzucać konsumentowi smaku i dają mu wolną rękę do przyprawienia potrawy według własnego pomysłu ;)

Gdzie to ja… A, tak. Lunch.

Najpopularniejsze danie to oczywiście Fish&Chips, które podawane jest na stołówce tylko w piątki. Ryby, jakie wykorzystuje się tutaj do tego dania to haddock –łupacz  i  cod, czyli dorsz. Smażone są w głębokim oleju, przez co panierka przypomina twardy pancerz (czasem ciężki do pokonania przeze mnie). Ryba jest naprawdę smaczna, choć czasem panierka jest dla mnie za tłusta.

Ponadto, najpopularniejszym mięsem wykorzystywanym do dań jest wołowina i jagnięcina. Ostatnio jadłam przepyszne danie – placek nadziewany wołowiną i pieczarkami w gęstym, bardzo smacznym sosie.





 A tak wyglądało danie, o którym ostatnio wspomniałam:


Roast Pork and Yorkshire Pudding 
( pudding to to, co przypomina zapieczonego w cieście kalafiora. To takie ciasto, które w smaku przypomina nasze obwarzanki.)




A tak to na co dzień serwowany jest kurczak na różne sposoby, czasem pizza, zapiekanki makaronowe lub makaron w jako dodatek do mięsa oraz ryż – niestety, głównie na jeden sposób. Curry. Mnóstwo curry…
Pewnego dnia, kompletnie zawiedziona, że się nie najadłam, postanowiłam się dopchać deserem. Dostałam kawałek ciasta drożdżowego zalanego ogromną chochlą czegoś, co przypominało bardzo, bardzo rzadki budyń i… od tamtej pory stałam się wierną fanką deserów na naszej stołówce! Trochę mnie to martwi, bo zanim odkryłam ten zakątek rozkoszy, miałam wrażenie, że chyba schudłam na wyjeździe, ale teraz nie mam już złudzeń. Co jak co, ale moim zdaniem wyspiarze mają przepyszne słodkości! Nawet teraz, kiedy piszę te słowa, wcinam ciastko z supermarketu i się rozpływam… 

5 o`clock Tea

To chyba najbardziej znany zwyczaj, który kojarzy się z Wielką Brytanią, choć chyba nie aż tak kultywowany tutaj, jak mogłoby się wydawać. Wiem, że na pewno o 17:00 nasze biuro pustoszeje, ale czy Anglicy biegną na cup of tea, to już nie jestem taka pewna. W zasadzie, herbatę piją przez cały dzień, o każdej porze, obowiązkowo z mlekiem.

I pomyśleć, że Anglicy odkryli smak herbaty dopiero w połowie siedemnastego wieku, kiedy w tym samym czasie napój ten był już bardzo popularny w Holandii…

Miłość narodu do herbaty rozpoczęła się dopiero po ślubie króla Karola II z Katarzyną z Braganzy w 1662r. To właśnie portugalska księżniczka wprowadziła ją na dwór angielski i do domów klas wyższych. Objęta wysokim podatkiem herbata długo była zbyt droga, aby mogła sobie na nią pozwolić klasa pracująca.
To właśnie wysoka cena herbaty sprawiła, że zaczęto ją przemycać, a nawet podrabiać. Dodawano liście innych roślin, a co bardziej przedsiębiorczy puszczali ponownie w obieg wysuszone fusy.  I tu ciekawostka… Czasem, gdy kolor takiej "herbaty" nie za bardzo przekonywał, dla podrasowania dodawano… owczą kupę. A mówią, że to "Polak potrafi...".

Dobrze, że w pewnym momencie zorientowano się, że herbata jest zdrowsza od alkoholu i zniesiono wysokie podatki na ten trunek ;)
Skąd w ogóle zwyczaj picia herbaty o siedemnastej? Ma to związek z okresem, kiedy herbatę podawano jeszcze tylko na eleganckich salonach. Serwowano ją wtedy gościom na podwieczorek, o piątej po południu – stąd nazwa "Five o’clock tea".

Nie dawało mi spokoju pytanie, dlaczego w Anglii herbatę pije się z mlekiem?
Poszukałam, pogrzebałam i dowiedziałam się, że zwyczaj ten sięga XVIII w., kiedy to picie  herbaty było przywilejem arystokratów i serwowano ją w filiżankach z porcelany tak kruchej, że aż pękały od wrzątku. Do filiżanek lano więc najpierw mleko, a dopiero potem herbatę. I zagadka rozwiązana.
Co ciekawsze, dowiedziałam się, że najlepszą przekąską do słynnej, „fajfoklokowej” herbaty  jest kanapka ze świeżym ogórkiem. Herbata z mlekiem i kanapka z ogórkiem - cóż za wspaniała kompozycja dla żołądka!


Supper i dinner


W brytyjskim rozkładzie dnia jest jeszcze supper, czyli podwieczorek i dinner, czyli kolacja, ale jako, że nie miałam jeszcze okazji uczestniczyć w tych posiłkach w wydaniu angielskim, nie będę się rozpisywała na ich temat. Wiem tylko, że kolacja to taki nasz obiad, najbardziej rozbudowany posiłek dnia i że często nazwy  „supper” i „dinner” używane są wymiennie, w zależności od okoliczności.




I jeszcze kilka spostrzeżeń na koniec:

„to go”
– chyba wszystko już zostało przez Anglików przygotowane „to go”. Wejść, kupić, wrzucić do mikrofali lub piekarnika i zjeść. Anglicy uwielbiają mrożonki. W Kendal trafiliśmy nawet do Iceland, sklepu wypełnionego lodówkami i zamrażarkami z dziwnymi produktami.
Można kupić już gotowe kulki mięsa mielonego na kotlety mielone albo pulpeciki. Jest nawet pokrojona na kawałki pierś kurczaka, żeby tylko wrzucić na patelnię i podsmażyć.

W biurowej kuchni nie ma nawet talerzy… Stoi tylko mikrofala i, o dziwo, chodzi na okrągło.

Albo są tacy leniwi, albo tak strasznie zapracowani…

Woda 

– to chyba przez nią miałam problemy z żołądkiem przez pierwszy tydzień pobytu w Anglii. Jak widać, klątwa faraona działa nie tylko w kraju, gdzie zawsze świeci słońce. Teraz jest już wszystko w porządku, ale zauważyłam, że nawet tutaj, w wielkim mieście, woda w kranie śmierdzi… i to specyficznie. Nie będę opisywać zapachu, żeby nikogo nie zniesmaczyć, ale wierzcie mi – cuchnie okropnie.

Słodkie napoje

Cola i inne napoje gazowane są dużo słodsze niż u nas. Dużo dużej...



Tęsknię za schabowym... 





2 komentarze:

  1. Oooo, angielskie słodycze...mniam. Nie wiem czy już próbowałaś, ale koniecznie zanabądź maślane herbatniki (chyba to się nazywa butter fingers)-genialne w swej prostocie. I jak będziesz miała okazję zrobić obiad sama (nie wiem czy serwują to danie w restauracjach) to wypróbuj wędzonego łupacza gotowanego na parze z białym sosem serowo-śmietanowym (sos co prawda z papierka mieszany z mlekiem)-niebo w gębie. Kami

    OdpowiedzUsuń
  2. Ps. jeśli brakuje ci polskiego chleba..znam ten ból...to może w jakimś markecie znajdziesz chleb tygryskowaty. Kształtem przypomina nasz bochenek ale ma takie łatki. Moim zdaniem bardziej zjadliwy niż ten ohydny tostowy. Kami

    OdpowiedzUsuń